Zdjęcie przedstawia Michała Worocha oraz Marcina Kamińskiego siedząych na wózkach. Między nimi znajduje się pies, obok stoi samód terenowy.

Urodzony żeby podróżować.

Najwspanialsza w podróży jest sama podróż. A celem jest droga, pokonywanie bezkresnej przestrzeni i wpatrywanie się w fascynujący ciągnący się w nieskończoność świat – opowiada Michał Woroch, słynny polski podróżnik i tegoroczny laureat nagrody „Alchemika”.

Kiedy w sobotnie popołudnie spotykam się z panem Michałem żeby porozmawiać o wyprawach, które już odbył i tych które jeszcze przed nim widać że nie jest w najlepszej formie fizycznej. Szczerze przyznaje że dzisiaj odczuwa silne bóle w całym ciele, ale mimo to nie odwołał naszego spotkania. Pan Michał od kilkunastu lat zmaga się z zanikiem mięśni co nie przeszkadza mu pracować i podróżować po całym świecie. Widać doskonale, że jest człowiekiem, który potrafi rzucić wyzwanie przeciwnościom losu. W Warszawie Woroch pojawił się z jeszcze jednego bardzo ważnego powodu. Podczas uroczystej gali w Och Teatrze odebrał nagrodę „Alchemika” przyznawaną przez wydawnictwo Drzewo Babel ludziom, którzy potrafią realizować własne marzenia. Spełnić to o czym śniło się przez lata to wielka życiowa sztuka której dokonują nieliczni. Pełen podziwu dla pana Michała pytam więc w jaki sposób to mu się udało mimo dodatkowych stworzonych przez chorobę trudności?

Wszystko zaczęło się tak naprawdę dzięki moim przyjaciołom – opowiada podróżnik. Kiedy na samym początku studiów okazało się że choruję na zanik mięśni i usiadłem na wózku nie traktowali mnie jak osoby chorej wymagającej pocieszenia czy litości. Wręcz przeciwnie. Namówili mnie na wspólną wyprawę do Mongolii, która trwała trzy i pół miesiąca. W sześć osób pojechaliśmy koleją transyberyjską, a następnie przesiedliśmy się w samochód, żeby dojechać w stronę gór. W pewnym momencie stało się jednak jasne, że na żadne nowoczesne środki transportu nie możemy już liczyć i do szybkiego przemieszczania się pozostają nam jedynie konie. Krótko przed wyprawą przewidując konieczność przejechania części trasy na koniu zgłosiłem się na lekcje jazdy konnej. Były to rzecz jasna dwie pierwsze lekcje w moim życiu, a werdykt instruktorów był jednoznaczny. Konie nie są dla pana. Nie jest pan w stanie utrzymać się na końskim grzbiecie nie tylko przez kilka dni, ale nawet przez kilka godzin. Po tak druzgocącej opinii, wróciłem do domu i spokojnie zastanowiłem się jak bezpiecznie zorganizować jazdę. Stworzyłem specjalny rodzaj wiązania używając do niego pasa strażackiego, pasów samochodowych i szekli żeglarskich. Pomysł okazał się skuteczny ponieważ gdy byłem przywiązany do konia wiązanie zapewniało pełną stabilność, a jednocześnie w razie potrzeby można było uwolnić się od niego jednym szarpnięciem. Podczas wyprawy zdarzały się oczywiście jak to zwykle bywa sytuacje niebezpieczne. Któregoś dnia koń zanurzył się w bagnie i wówczas przemyślna konstrukcja uwalniająca mnie szybko od zwierzęcia bardzo się przydała. Przez trzy dni pędziliśmy obserwując bezkresną przestrzeń, rzeki, bagna skałki, las i góry. Na koniec dotarliśmy do wioski nomadów, którzy żyją na wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów, a ich podstawowym zajęciem jest hodowla reniferów. Oczywiście jak na ludzi niezakorzenionych przystało cały czas zmieniają miejsce swojego pobytu. W ciągu roku nawet do dziesięciu razy. Mieszkają w tipi. Latem jedzą ser, a zimą mięso. Ich życie toczy się według bardzo prostych zasad i przez to jest niezwykle fascynujące. Pamiętam że ogromne wrażenie zrobiła na mnie odpowiedź kobiety którą przez tłumacza zapytałem co robi kiedy temperatura spada do -50 stopni? Spojrzała na mnie ze zdumieniem i powiedziała: „O co panu chodzi? Robię to co zwykle, życie biegnie dalej”.

Myślę, że te jej słowa bardzo mnie poruszyły. Zapoczątkowały we mnie tą wielką potrzebę bycia w podróży ponieważ zrozumiałem, że właśnie spotykając innych ludzi i rozmawiając z nimi człowiek uczy się najwięcej i na te same zjawiska może spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Pani mówiła o tym, że jest szczęśliwa że opiekuje się dziećmi, a do mnie dotarło, że różni ludzie mają własne odpowiedzi na rozmaite kwestie i że coś takiego jak jedna uniwersalna prawda, którą uznawaliby wszyscy nie istnieje. Podróż to jedna wieka nauka o samym sobie i o relacjach z innymi ludźmi. Ma też ogromne znaczenie dla każdego kto pragnie oczyścić swoją psychikę, bo jeśli przebywamy hen daleko od domu przez miesiąc lub dwa możemy całkowicie oderwać się od codziennych kłopotów i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy.

Oprócz wspomnianej wyprawy do Mongolii ma pan za sobą brawurowy przejazd przez Europę. W 2012 roku wspólnie z Maciejem Kamińskim zrobiliście ponad siedemnaście tysięcy kilometrów samochodem terenowym. Jaka była geneza tamtej wyprawy?

Z Maćkiem poznaliśmy się kilkanaście lat temu w szpitalu w Bydgoszczy kiedy ja zachorowałem. Narodziła się między nami wielka przyjaźń, a kiedy w 2011 roku znowu spotkaliśmy się na szpitalnej sali zapytałem Maćka czy nie miałby ochoty na wspólną wyprawę. Odpowiedział że pojedzie z wielką przyjemnością jeśli uda mi się załatwić samochód. Rzucił żartobliwie. Jak kupisz samochód to zadzwoń. Ja jednak naprawdę się zawziąłem. Przez osiem miesięcy ciężko pracowałem. Założyłem firmę, postawiłem wszystko na jedną kartę. Wreszcie udało się kupić samochód i pozyskać kilku sponsorów. Zapewnili nam pieniądze na paliwo i wyżywienie w podróży, a na hostelach oszczędziliśmy śpiąc w samochodzie. Obydwaj bardzo zaangażowaliśmy się psychicznie w tą wyprawę i ruszaliśmy z wielkim entuzjazmem. Życie jednak bardzo szybko weryfikuje wszystkie szalone założenia i plany. Już po pierwszym tygodniu mieliśmy wszystkiego dosyć i jedyne o czym myśleliśmy to jak najszybciej zawrócić. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że życie codzienne dwóch facetów na wózkach mieszkających w samochodzie jest tak trudne. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że wyjście z samochodu wyglądało w sposób następujący. Dwóch facetów leży w samochodzie na tylnych kanapach, a na przednich rozłożone są wózki. Kiedy jeden z nich albo nie daj boże obaj chcą wyjść muszą najpierw podnieść się, otworzyć drzwi, otworzyć windę złożyć jeden wózek. Jedna osoba się przesiadała, zjeżdżała w dół po czym wnosiła windę do góry rozkładany był drugi wózek, kolejna przesiadka i zjazd w dół. W ten sposób każdorazowe wyjście z samochodu zajmowało nam często pół godziny.

Dodatkowym utrudnieniem były warunki pogodowe, bo wyprawę zaczęliśmy latem od Słowacji i Węgier gdzie nad Balatonem powitały nas rekordowe 40 stopniowe upały. W trakcie całej podróży nie brakowało także dramatycznych przygód. Jedna z nich zdarzyła nam się w Barcelonie kiedy to w nocy do samochodu wszedł jakiś gość i ukradł nam jedyną trzymaną przez nas luzem torbę. Byliśmy jeszcze wtedy mało doświadczonymi podróżnikami i popełnialiśmy proste błędy. Zdarzało się nam na przykład zostawić samochód w pełnym słońcu dzięki czemu błyskawicznie stawał się nagrzaną puszką. Kiedy po przejechaniu siedemnastu tysięcy kilometrów wróciliśmy wreszcie do domów nie odzywaliśmy się do siebie przez kilka miesięcy. Na szczęście dla nas obu potem nam przeszło. Emocje opadły i gdy zaczęliśmy rozmawiać o wyprawie zgodnie doszliśmy do wniosku, że to była najpiękniejsza rzecz jaką mogliśmy dla siebie zrobić. Po trzech latach znów nabraliśmy ochoty na wspólne wojarze i dlatego intensywnie przygotowujemy się do wyprawy po Ameryce Południowej.

Dlaczego właśnie Ameryka południowa? Co w niej pana przyciąga?

Ameryka południowa chodziła za mną już od dziecka. Dziś moim największym marzeniem jest zobaczyć Boliwię i Peru. Wysokie góry, płaskowyże, słone jeziora, peruwiańską dżunglę przy rzece Ukajali. Przecież Peru to kraj przepiękny, w którym mamy wszystko. Od tysięczników przez dżunglę aż do znajdujących się od zachodniej strony najsuchszego miejsca na ziemi czyli pustyni. Mamy także zamiar dotrzeć do indiańskich szamanów. Kiedy jeden z moich przyjaciół usłyszał że planuję wybrać się do Ameryki Południowej powiedział, że koniecznie muszę odwiedzić panią szamankę, która wraz z dwiema córkami stworzyła rodzinny szamański zespół. Znam już osobiście osoby, które u niej były i jestem pewien, że również dla mnie będzie to fascynujące przeżycie. Proszę sobie bowiem wyobrazić jakie budzi w człowieku który od kilkunastu lat pogodzony jest z wózkiem ktoś kto mówi, że tak wcale nie musi być. Celem podróży nie są jednak odwiedziny u szamanki, tylko droga sama w sobie. Ten przesuwający się horyzont uzależnia i cały czas oczyszcza myśli.

Proszę opowiedzieć nieco o tym jak wyglądają przygotowania do wyprawy. Wiele osób marzy przecież o podróżowaniu, ale tylko nieliczni podejmują to wyzwanie?

Przygotowania to rzeczywiście potężny i skomplikowany temat. Jeśli chodzi o wyprawę do Ameryki Południowej to o tym jak ma ona wyglądać zacząłem myśleć już dwa i pół roku temu. Mimo to do dziś jeszcze coś zmieniam udoskonalam. Realizując projekt uczę się na bieżąco, a wyzwań jest cała masa. Wspólnie z kolegą jesteśmy przecież w innej sytuacji niż w pełni sprawni podróżnicy. Jeżeli zdrowy człowiek na przykład student chce pojechać do Ameryki Południowej to zarabia zazwyczaj nie dużą kwotę na bilet i plecak, hostele oraz skromne jedzenie, pakuje się w plecak i wyjeżdża. W naszym przypadku potrzebne było miejsce do spania, które byłoby łatwe do rozłożenia także dla osoby mającej słabsze ręce. Przystosowanych hosteli w Ameryce Południowej albo nie ma wcale, albo też są horrendalnie drogie. Musiałem więc kupić samochód, który byłby łatwo naprawialny w tamtych rejonach czyli zbudowany na starych konstrukcjach. Jako że mamy w planach jazdę w góry musi on być ogrzewany. Potrzebujemy też wind i specjalistycznego oprzyrządowania żeby w każdej sytuacji móc skutecznie kierować autem. To cały szereg rzeczy związany z samym tylko domem i przemieszczaniem się, a przecież dochodzą do tego sprawy wyżywienia, szczepionek, czy bezpieczeństwa. Od początku do końca są to sprawy, które przetrawiłem w głowie a efekty są naprawdę bardzo dobre. Będziemy mieli na przykład specjalny namiot na dachu samochodu z tarasem do robienia zdjęć, a fotografia to nie tylko mój zawód ale także ogromna pasja. Po konsultacjach z inżynierami zaprojektowałem również wygodną dla nas obu windę. Jeżeli chodzi natomiast o jedzenie to będziemy gotować sami albo żywić się w przydrożnych punktach gdzie lokalne produkty są tańsze. Przy okazji to właśnie w takich chwilach można złapać super kontakt z mieszkańcami bo wspólne spożywanie posiłków bardzo zbliża. Możemy wtedy poczuć smak i atmosferę miejsca. Zbratać się z tłumem, a nie odciąć od niego przy pomocy luksusowych hoteli i złotych kart kredytowych. Mnie osobiście wielką frajdę sprawia samodzielne gotowanie. To naprawdę super przeżycie kiedy wyciąga się kuchenkę alpinistyczną czuje się zamach smakowitych produktów, a łącząc je i mieszając przez kilka godzin obserwuje się przepiękny horyzont.

Zejdźmy na chwilę z tych horyzontalnych obłoków na ziemię. Jaki jest budżet waszej wyprawy?

Budżet wyprawy to 151 tysięcy złotych wliczając w to koszty przetransportowania samochodu, paliwa na miejscu i dość niskie racje żywnościowe. Czasem sam zastanawiam się nad tym, że to naprawdę olbrzymia ilość pieniędzy, za którą można by było żyć przez kilka lat ale trzeba zdawać sobie też sprawę z tego, że koszty wyprawy wzrosły też przez konieczność zaprojektowania i zamontowania na przykład specjalistycznych wind. Ogromnie cieszymy się że udało nam się znaleźć sponsorów i ludzi którzy nam pomagają wpłacając pieniądze w ramach zbiórki prowadzonej przez nas w internecie. Zachęcam wszystkich do odwiedzenia naszej strony www.wheelchairtrip.com i do wspierania naszej wyprawy. Do zamknięcia budżetu wyprawy brakuje nam jeszcze dwudziestu tysięcy złotych. Imiona wszystkich osób, które nam pomogły umieścimy na samochodzie którym przejedziemy całą Amerykę. Ogromnie cenimy sobie także wsparcie wszystkich firm, które nam pomogły. Dużą kwotę przekazała nam firma Koło, której chciałbym przy okazji serdecznie podziękować. Sami się do nas odezwali dając nam znać, że nasz projekt bardzo im się podoba. Zostaliśmy zaproszeni na rozmowę, która odbyła się w niezwykle miłej atmosferze i zaowocowała naprawdę dużym i konkretnym wsparciem finansowym.

Otrzymał pan wczoraj nagrodę Alchemika przyznawaną ludziom, którzy potrafią realizować własne marzenia. Czym dla pana jest ta nagroda?

Mimo iż zostałem nagrodzony wczoraj wieczorem to jeszcze do końca do mnie to nie dotarło. Nagroda jest dla mnie wielkim wyróżnieniem i sprawiła mi ogromną radość. Wiąże się też ze sporym zastrzykiem finansowym co z pewnością wspomoże budżet naszej wyprawy. Jest mi niezmiernie miło, że zostałem doceniony przez jury, które zauważyło to co od dawna robię. Dostrzegli moją wiarę w marzenia i to że potrafię naprawdę żyć a nie tylko przeżywać życie.

Czy planując i realizując kolejne wyprawy ma pan takie poczucie, że trzeba to wszystko przeżyć zanim nie będzie za późno. Jak pan podchodzi do sprawy codziennego zmagania się z niepełnosprawnością?

Można powiedzieć, że żyję trochę jak w kokonie. Na co dzień otacza mnie bardzo troskliwa rodzina i przyjaciele dzięki którym nie czuję do końca własnej niepełnosprawności. Oczywiście, że do dzisiaj zdarzają się momenty że czuję się wkurzony, kiedy nie mogę czegoś zrobić ale z biegiem czasu nauczyłem się podchodzić do tych sytuacji spokojniej. Szybko zapominam o złych rzeczach i potrafię koncentrować się na tym co pozytywne piękne i dobre. Podróżując nie mam w głowie takiej myśli, że muszę koniecznie coś zobaczyć, bo później na pewno już nie zdążę. Oczywiście, że od czasu do czasu pojawia się myśl o tym, że warto pojeździć teraz bo później mogę nie mieć siły, ale to nie jest chęć zobaczenia świata za wszelką cenę. Tu chodzi o podróż. Podróż to w pewnym sensie mój sposób na życie, który sprawia mi ogromną przyjemność, a każdy powinien robić to co lubi jeśli oczywiście nie krzywdzi innych. Codziennie potrafię cieszyć się z tego że przeżywam swoje życie w sposób wartościowy i właśnie dlatego zachęcam wszystkich aby z wiarą i determinacją walczyli o realizację własnych marzeń, bo satysfakcji jaką odczuwa się gdy wyśniony przez wiele lat sen się spełnia nie da się porównać z niczym innym.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.