Zdjęcie przedstawia polkich kibiców na trybunacna meczu. Wszyscy się cieszą, trzymają ręce w górze, mają biało-czerwone szaliki.

Słońce Marsylii zaświeciło dla Polaków!

Kolejny piłkarski sukces Polaków tym razem w pięknej i słonecznej Marsylii. To fascynujące miasto na południu Francji zrobiło na mnie dużo większe wrażenie niż przereklamowany Paryż. Niewykluczone, że na moje odczucia znaczny wpływ wywarła pogoda. O ile po pierwszej bytności w Paryżu pisałem Wam o przelotnych ulewach, o tyle za drugim razem przywitało nas prawdziwe oberwanie chmury.

Całkowicie uniemożliwiało swobodne wyjście z hotelu i spacer po mieście, więc stolicę Francji mimo dwóch odwiedzin muszę traktować jeszcze ciągle jak terrę incognitę. Na tym tle Marsylia, do której w trzy godziny przewiózł mnie cicho sunący po torach z prędkością błyskawicy TGW jest istną krainą piękna, radości i słońca. Strefa kibica znajduje się tam tuż przy pięknej plaży, więc w przerwach pomiędzy meczami każdy może wskoczyć i popluskać się w falach Morza Śródziemnego. Centralnym punktem miasta jest oczywiście port, ze swoim charakterystycznym morskim zapachem i targiem, na którym przedsiębiorczy francuscy sprzedawcy zachwalają rozmaite ryby.

W Marsylii nie brakuje jednak także atrakcji dla miłośników architektury i sztuki. Napotkacie tu piękne stare kamienice, które nadają marsylskiej starówce mnóstwo uroku, a gdyby tego było mało możecie zawsze wejść na wzgórze z którego rozciąga się widok na całe miasto i gdzie wznosi się piękna bazylika Notre Dame z połowy dziewiętnastego wieku.

Muszę się Wam przyznać, że ponieważ jestem osobą niewidomą to architektura ma dla mnie w miastach znaczenie drugorzędne. Trudno mi jest ją ocenić i odebrać tak jak na to zasługuje. Właśnie dlatego za największe i najbardziej zapadające w pamięć atrakcje uważam zdobywanie różnych szczytów i trudno dostępnych punktów. Dojście do bazyliki wymagało pokonania ogromnej liczby stopni i ostrego podejścia pod górę, dlatego też osiągnięcie tego celu sprawiło mi wielką satysfakcję. Kiedy tylko znalazłem się w świątyni natychmiast zapaliłem świeczkę i pomyślałem życzenie. Chyba nie muszę Wam mówić jakie. O tym, że wysiłek zdobywania marsylskiego szczytu miał sens przekonałem się bardzo szybko gdyż Polacy pomimo nie najlepszego spotkania pokonali Ukraińców 1:0. Owszem w wielu sytuacjach mieliśmy masę szczęścia ale przypominam, że i nasz as Robert Lewandowski gdyby miał lepiej ustawiony celownik mógłby cieszyć się z dubletu.

Mecz a przynajmniej jego pierwsze trzydzieści minut rozgrywany był przy ogromnym upale, więc tym większe brawa należą się biało-czerwonym, którzy znieśli go koncertowo. Gola zdobył Kuba Błaszczykowski, a więc gracz bez którego w ogóle nie padają dla nas bramki na mistrzostwach Europy.

Zwróćcie uwagę, że Błaszczykowski już cztery lata temu przy bramce Lewandowskiego asystował, a z Rosją sam strzelił. We Francji jego asysta przy golu Milika z Irlandią i bramka z Ukrainą. Wniosek jest prosty. Jeśli chcesz wygrać musisz mieć w zespole Błaszczykowskiego. Sprawił on masę radości ogromnej rzeszy polskich kibiców, których było jeszcze więcej niż na meczu z Niemcami. Nie muszę chyba dodawać, że całkowicie zneutralizowaliśmy Ukraińców, którzy przez cały mecz nie przebili się ze swoim dopingiem przez nasze śpiewy. Przed chwilą napisałem o dość słabej grze biało-czerwonych, ale to przejaw mojego malkontenctwa. Kiedy bowiem ostatni raz nasza kadra miała po trzech meczach grupowych siedem punktów i nie straciła gola? Trzeba by sięgnąć do bardzo odległych czasów, bo aż do roku 1978 i mistrzostw świata w Argentynie. Myślę, że konieczność odwoływania się do czasów tak odległych najlepiej unaocznia nam skalę obecnego sukcesu.

Mamy powody do wielkiej dumy i myślę, że spokojnie możemy czekać na sobotni mecz ze Szwajcarią. To drużyna solidna, ale bez wielkich gwiazd. Są absolutnie w naszym zasięgu i mecz może być bardzo wyrównany. No chyba, że właśnie teraz odpali Lewy. W takim wypadku po Szwajcarach nie będzie czego zbierać. Każdego dnia chłonę atmosferę tych mistrzostw. Przepełnia mnie ogromna radość i duma z postawy biało-czerwonych. Wczoraj powróciłem z Francji naładowany marsylskim słońcem i również mnie zaczyna się udzielać ogromny entuzjazm. Zaczynam mieć więc cichą nadzieję, że być może dziesiątego lipca odwiedzę Francję jeszcze raz. Stanie się tak jeśli nasi zagrają w finale w Paryżu i kto wie, może wreszcie umożliwią mi lepsze poznanie stolicy Francji? Życzę tego i sobie i polskiej kadrze z całego serca ale jak na razie trzymajcie wszyscy kciuki za biało-czerwonych w sobotę o piętnastej ze Szwajcarami, a w moim prywatnym rankingu Marsylia stanowczo wygrywa z Paryżem.

 

____

fot. EDDIE KEOGH/REUTERS, wyborcza

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.