Zdjęcie przedstawia portugalskich piłkarzy cieszących się z wygranej na Euro. W środku stoi Ronaldo i trzyma puchar, w okół niego stoją koledzy z zespołu, śmieją się i podnoszą ręce do góry. Wszyscy mają złote medale zawieszone na szyjach.

Portugalia mistrzem Europy

Po raz pierwszy w swojej historii, uważana za słabszą z drużyn Półwyspu Iberyjskiego – Portugalia – przywiezie puchar Europy. Zrobi to mimo bardzo przeciętnej i nudnej gry w całym turnieju i pomimo nieobecności przez większą część meczu finałowego  – Christiano Ronaldo.

Lekkim faworytem według ekspertów byli Francuzi.

Przed wczorajszym finałem miałem wrażenie, że będzie to najnudniejszy ostatni mecz turnieju od lat. Spotykały się w nim przecież dwie drużyny, z których jedna zanotowała pięć remisów na sześć rozegranych spotkań, a druga jako gospodarz ustawiała wszystko pod siebie. Lekkim faworytem według ekspertów byli Francuzi. To twierdzenie budziło jednak moje poważne wątpliwości. Zwróćcie uwagę, że jedynym poważnym przeciwnikiem Francji w drodze do finału byli Niemcy, z którymi wygrali dość szczęśliwie, bo mecz ustawiła kontrowersyjna decyzja Rizzollego o rzucie karnym dla gospodarzy pod koniec pierwszej połowy. We wcześniejszych meczach Francja walczyła z takimi potęgami piłkarskiego świata jak Rumunia, Szwajcaria, Albania czy Irlandia więc po prostu nie miała z kim przegrać. Dodatkową okolicznością która ułatwiała im awans do finału był ułożony przez nich turniejowy kalendarz. Podczas gdy wszystkie inne zespoły grały co trzy, cztery dni, Francuzi potrafili odpoczywać pomiędzy jednym meczem a drugim – tydzień. Tak było zarówno po rozgrywkach grupowych przed meczem z Irlandią, jak i przed ćwierćfinałem. Okazało się jednak, że trójkolorowi przekombinowali i zginęli od własnej broni. Na poziomie półfinałów bowiem, chcąc jak zwykle odpoczywać jak najdłużej, ustawili swój mecz jako drugi. W efekcie odpoczywali o dzień krócej od Portugalczyków, a pomiędzy półfinałem, a finałem były przecież tylko trzy dni. To nieprzyzwyczajenie Francuzów do rozgrywania spotkań w tak krótkich, jak na ich gospodarskie standardy, odstępach czasu wyszło im bokiem, zwłaszcza w dogrywce.

Cały mecz zaczęli wprawdzie bardzo dynamicznie. Na boisku brylował Sissoko. Swoje znakomite sytuacje miał Griezmann, a w późniejszej fazie meczu Giroud. Wszystko to jednak było za mało żeby pokonać doskonale dysponowanego bramkarza Portugalii – Rui Patricio. Kiedy w ósmej minucie Payet w chamski sposób kopnął Ronaldo powodując jego kontuzje, wszystkim wydawało się, że Portugalczycy są już na straconej pozycji. Znów jednak okazało się, że zaprawiona w dogrywkach i rzutach karnych drużyna z Półwyspu Iberyjskiego potrafiła sobie poradzić nawet w tak ekstremalnej dla siebie sytuacji. Im bliżej było końca meczu, tym bardziej zarysowywała się przewaga graczy z Półwyspu Iberyjskiego.

Na boisku pojawił się Eder i to właśnie on miał zostać bohaterem narodowym. Wprawdzie jeszcze w doliczonym czasie gry Portugalczykom dopisało wielkie szczęście, bo Gigniac w doskonałej sytuacji trafił w słupek, ale już w dogrywce widać było wyraźnie, że to Portugalia jest bliższa strzelenia gola. Najpierw, z niesłusznie odgwizdanego rzutu wolnego, Raphael Guerreiro trafił w poprzeczkę. To był dla Francuzów ostatni dzwonek alarmowy, z którego nie wyciągnęli jednak żadnych wniosków. W efekcie po chwili Eder przeprowadził fantastyczną akcję, pokazując Laurantowi Kościelnemu co znaczy prawdziwa siła fizyczna. Przebiegł się z obrońcą francuskim przez kilkadziesiąt metrów, po czym oddał strzał tak silny i precyzyjny, że kapitan reprezentacji Francji, Lloris, nie miał nic do powiedzenia i tylko bezradnie patrzył jak piłka wpada do siatki. Wściekłe i rozpaczliwe ataki Francuzów nie przyniosły żadnego rezultatu, bo Portugalczycy wyczuli swoją wielką historyczną szansę.

Spektakl na ławce rezerwowych był ciekawszy, od naprawdę przeciętnego meczu.

Z ławki rezerwowych drużyną zaczął dyrygować Ronaldo, który po golu odzyskał humor i wszystkie łzy płynące po jego twarzy, kiedy musiał opuszczać boisko, zniknęły. W ostatnich minutach wcielił się w rolę dyrygenta. Pokazywał kolegom jak mają się poruszać, kto ma zostać bliżej bramki, a kto może iść do przodu. Wyglądało to wszystko efektownie i dość komicznie, bo nagle okazało się, że w Portugalii doszło do nieformalnej zmiany trenera. Spektakl na ławce rezerwowych był zresztą ciekawszy od naprawdę przeciętnego meczu.

Kiedy sędzia odgwizdał koniec zawodów Portugalczycy oszaleli z radości. Trzeba im oczywiście pogratulować, bo to ich pierwszy tytuł w historii i mogą być z siebie dumni. Mam jednak wrażenie, że są jednocześnie najfartowniejszymi mistrzami ze wszystkich dotychczasowych, którzy tytuł wywalczyli grając najbardziej nudny football na mistrzostwach. W regulaminowym czasie gry wygrali tylko jeden mecz. Ze swojej grupy, dodajmy bardzo słabej grupy, w której były Islandia, Węgry i Austria, wyszli na trzecim miejscu i gdyby nie zmiana regulaminu mistrzostw przed turniejem, w ogóle nie weszliby do fazy pucharowej. Stało się jednak inaczej i dziś Portugalczycy mają swoje święto, a kombinatorska i średnio uczciwa Francja płacze.

Nam Polakom pozostaje satysfakcja z fantastycznego startu i z faktu, że to właśnie z nami aktualni mistrzowie Europy mieli największe problemy. Przegraliśmy dopiero po rzutach karnych, gdzie zabrakło nam odrobiny szczęścia. To bardzo dobrze pokazuje w jak świetnej formie na tym turnieju była drużyna Nawałki i jak niewiele brakowało żebyśmy to my ogrywali gospodarzy w finale. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, więc dzisiaj gratulując Portugalczykom tytułu, zapewniam ich jednocześnie, że za cztery lata nie będzie już żadnych karnych, bo przegrają z nami w dziewięćdziesiąt minut.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.