Roman Kosecki trzymający piłkę

Magia dziesiątki.

Dycha zawsze przynosiła mi szczęście zarówno w sporcie jak i w polityce – opowiada Roman Kosecki były kapitan reprezentacji Polski, twórca i właściciel klubu Kosa Konstancin, poseł na sejm Rzeczpospolitej.

 

Z Romanem Koseckim spotykamy się w jednej z Konstancińskich restauracji w środowe popołudnie. Już od progu widać, że Pan Roman kipi pozytywną energią. Do stolika idzie szybkim sprężystym krokiem, tak charakterystycznym dla niego w latach gdy na boisku był postrachem dla wielu obrońców Europy. Warto przypomnieć, że nasz najlepszy piłkarz lat dziewięćdziesiątych występował w takich klubach jak Atletico Madryt, Galatasaraj czy FC Nantes. Wszędzie tam toczyła się zacięta rywalizacja o miejsce w składzie, pozycję w drużynie i ukochany numer dziesięć na koszulce. Kosecki za każdym razem tą rywalizację wygrywał. Dzisiaj jednak Pana Romana nakręca inny rodzaj walki.

To walka polityczna o głosy w przeddzień wyborów. Pytam go więc czy te dwa rodzaje rywalizacji, sportową i polityczną da się porównać? Czy emocje jakie jej towarzyszą są podobne?

 

Widzę bardzo wiele podobieństw między sportem i polityką – odpowiada z uśmiechem Kosecki. Przede wszystkim w jednym i w drugim wypadku bardzo ważna jest gra w drużynie bo zwycięstwo gwarantuje tylko ciężka wspólna praca. Jednak zarówno na boisku jak i w grupie polityków istnieją wyraźni liderzy. Gwiazdy, które wspiera cała drużyna, ale z drugiej strony lider musi dać z siebie jak najwięcej dla dobra wszystkich. Od czasu kiedy jestem w sejmie, a w tym roku mija już dziesięć lat, zauważyłem jeszcze jedno ważne podobieństwo między światem polityki i sportu. I tu i tam co chwila zdarzają się transfery. Posłowie przechodzą z jednej partii do drugiej, z klubu A do klubu B, a czasem nawet i do C. Wszystko to w ciągu jednej kadencji, a więc ruch na rynku transferowym jest co najmniej tak samo dynamiczny jak w przypadku zakupów piłkarskich. Osobiście bardzo sobie cenię niezależność. Pewnie mało który z czytelników będzie miał tego świadomość ale chciałbym przypomnieć, że nigdy nie należałem do żadnej partii. Zawsze odważnie broniłem własnych przekonań. Jeszcze jako młody piłkarz grający w Gwardii Warszawa, a więc klubie milicyjnym głośno popierałem Lecha Wałęsę i solidarność za co nie raz i nie dwa dostawałem burę od szefów klubu. Nosiłem wtedy długie włosy co również budziło wielkie niezadowolenie, jednak kiedy kazali mi je obciąć, odpowiedziałem, że w moim wypadku to zdecydowanie niemożliwe, ponieważ bez włosów straciłbym wszystkie siły niczym biblijny Samson. Ta chęć do obrony własnych przekonań pozostała u mnie do dzisiaj, dlatego ludzie, którzy próbowaliby kiedykolwiek narzucić mi sposób głosowania siłą nie mają żadnych szans. Oczywiście, że na przykład w sprawach gospodarczych, które były ważne dla klubu platformy obywatelskiej głosowałem zawsze wspólnie z kolegami, ale w kwestiach światopoglądowych moim wyznacznikiem było już własne sumienie.

 

Na listach wyborczych nigdy nie bił się Pan o pozycję, za każdym razem dziesiątka podobnie jak na boisku? Dlaczego przywiązuje Pan do tej liczby tak duże znaczenie? Jaka magiczna siła w niej tkwi?

 

Moje przywiązanie do dziesiątki ma swoją długą historię. Kiedy będąc dzieciakiem jeszcze tu na Konstancińskim Nowym Wierzbnie oglądałem swoje pierwsze mecze, zauważyłem, że najlepsi zawodnicy zawsze grają z dziesiątką. Pele, Deyna, oni zawsze biegali z dziesiątką na plecach i rozstrzygali o losach spotkań. Moim marzeniem zawsze było grać w piłkę i odgrywać w swojej drużynie bardzo ważną rolę, a dziesiątka zawsze podkreślała, wielkie znaczenie grającego z nią zawodnika dla zespołu. Początkowo zaczynałem z tak zwaną siekierą, czyli siódemką, ale w miarę jak stawałem się coraz lepszym graczem zdobycie dziesiątki było coraz bliżej. Kiedy zaczynałem grać w ukochanej Legii, właśnie odchodził z niej zagranicę Darek Dziekanowski. Szybciutko więc przejąłem po nim numer i myślę, że udało mi się z nim na plecach godnie reprezentować barwy najlepszego klubu w Polsce. Z kolei w tureckim Galatasaray dziesiątkę miał znakomity strzelec Tanju Colak, który zdobył złotego buta przyznawanego najlepszemu strzelcowi lig europejskich. Większość bramek strzelił z moich podań, więc kiedy odszedł do największego wroga kibiców z Galaty Fenerbache dziesiątka znowu przypadła mnie. Gdy z Turcji przechodziłem do Hiszpanii wszyscy liczyli na to, że zastąpię najlepszego gracza Atletico, Paulo Futre więc najbardziej pożądany numer znów trafił w moje ręce. Nic więc dziwnego, że bardzo przywiązałem się do tego numeru i kiedy pewnego dnia w moim klubie Kosa Konstancin pojawili się Grzegorz Schetyna i Mirosław Drzewiecki namawiający mnie do wystartowania w wyborach i zaczęli nieśmiało tłumaczyć mi, że najlepsze pozycje są zajęte i mógłbym liczyć na piątkę, może szóstkę na liście, powiedziałem im krótko, tylko dziesiątka. Do dziś pamiętam jak wybałuszyli oczy ze zdumienia, że nie walczę o pozycję, ale dla mnie ten numer ma znaczenie sentymentalne i startuje z nim również teraz.

 

Walczy Pan teraz o kolejną kadencję w sejmie, ale jako były sportowiec jest Pan często narażony na zarzuty politologów, że nie zna się Pan na polityce i w związku z tym nic wielkiego w niej nie osiągnie? Chciałbym zatem zapytać co ze swojej publicznej działalności uważa Pan za największy sukces i jakie będą Pana cele na przyszłość?

 

Rzeczywiście często spotykam się ze wspomnianymi przez Pana zarzutami, ale uważam, że są głęboko niesprawiedliwe. Sejm nie jest miejscem zarezerwowanym dla przedstawicieli jakiejś jednej grupy zawodowej czy społecznej. Poseł ma za zadanie reprezentować obywateli, a nasze społeczeństwo tak jak każde inne na świecie jest bardzo zróżnicowane. Ludzie często wytykają palcami sportowców, a ja z ciekawości sprawdziłem ilu w sejmie jest nauczycieli. Okazało się, że to ponad trzysta osób. Czy jednak oznacza, to, że tylko ta grupa zawodowa ma predyspozycje do tworzenia prawa. Ja z dumą przez lata reprezentowałem Polskę na różnych arenach sportowych świata, a teraz robię wiele dobrych rzeczy dla kraju w sejmie. Jako były sportowiec zawsze należałem do komisji sportu i robiłem rzeczy na których się znam. Do swoich sukcesów mogę z pewnością zaliczyć to, że jako przewodniczący podkomisji monitorującej przygotowania do Euro 2012 dopilnowałem tego, żeby w Polsce powstały fantastyczne stadiony, nowoczesne ośrodki treningowe i oczywiście orliki. Zmieniliśmy całą ustawę o sporcie, a także prawo dotyczące bezpieczeństwa imprez masowych. Zgodnie z ostatnią nowelizacją kibice będą mieli prawo do korzystania z miejsc stojących. Do tej pory gdy najwięksi fani chcieli przez cały mecz żywiołowo dopingować drużynę stojąc, słyszeli co chwila komunikat o tym, że przejścia ewakuacyjne muszą być drożne i nie wolno im tych miejsc zajmować. Teraz już takich komunikatów nie będzie. Jeśli chodzi o plany na przyszłość to jest ich bardzo wiele. Po pierwsze kiedy już istnieją orliki najwyższy czas zabrać się za budowę orłów, czyli boisk pełnowymiarowych. Po drugie istniejące orliki należy przykryć tak, aby dzieci mogły z nich korzystać także zimą i nie przerywały treningów zaraz po tym gdy spadnie pierwszy śnieg. Orły będą nowoczesnymi boiskami ze sztuczną nawierzchnią i dadzą szansę dziecku, które trenowało wcześniej na Orliku przejść na wyższy etap. Będę także zabiegał o to żeby państwo przeznaczało na sport więcej pieniędzy, bo trzeba go dofinansowywać i popularyzować zwłaszcza wśród młodych. Ostatnio na posiedzeniu połączonych komisji sportu i edukacji omawialiśmy problem rosnących lawinowo zwolnień z wychowania fizycznego. Okazało się że 97 procent to zwolnienia wystawiane przez rodziców. Dla mnie to statystyka zatrważająca, bo jestem z pokolenia które pamięta czasy kiedy do sportu nie trzeba było nikogo zachęcać. Zawsze szło się na lekcję WF w białej koszulce, granatowych spodenkach i trampkami pod pachą z wielką przyjemnością. Uważam, że obecną sytuację może zmienić wprowadzenie zasady, że ocena z wychowania fizycznego będzie się liczyć do średniej. Nie ma żadnego powodu, żeby ta lekcja była traktowana jak piąte koło u wozu, a jeśli chcemy mieć później dobrych piłkarzy, koszykarzy, siatkarzy itd. to musimy popularyzować sport w społeczeństwie. Ideałem byłoby gdyby ludzie tak jak tu w Konstancinie codziennie wieczorami biegali dla zdrowia po parę kilometrów, bo przecież w zdrowym ciele zdrowy duch.

 

Podjął Pan konkretne działania żeby zachęcić młodzież do piłki nożnej tworząc wiele lat temu klub Kosa Konstancin? Jakimi sukcesami w pracy z młodzieżą może się Pan pochwalić?

 

Kosa Konstancin to rzeczywiście moje oczko w głowie. Poświęcam temu klubowi mnóstwo czasu. Śmieje się, że do mojego klubu wszyscy przyjeżdżają rowerem, tylko niektórzy Landrowerem. Jednak na boisku każdy traktowany jest równo, a to czy zawodnikowi uda się wybić zależy od zaangażowania i zdobytych umiejętności. Gdy klub powstawał trenowało w nim około dwudziestu chłopaków. Dzisiaj mamy ich ponad dwustu i codziennie widzę jak chłopcy walczą i starają się dorównać naszym orłom, Lewandowskiemu, Glikowi, Krychowiakowi, czy innym, którzy ostatnio w pięknym stylu wywalczyli awans do Francji. Równie ważne jest jednak to, żeby młody chłopak był zdrowy i wysportowany, a życie może potoczyć się różnie, bo na przykład nauka jest tak samo ważna. Ja taki przykład mam u siebie w drużynie. Trener chłopców z rocznika 2007 Mariusz Buczek sam próbował sił w profesjonalnej piłce. Nie powiodło mu się, ale skończył studia, założył rodzinę, a dziś jest bardzo dobrym trenerem i w tym sensie pozostał przy footballu. Można więc powiedzieć, że w jego przypadku historia zatoczyła koło. Przeszedł drogę od dzieciaka trenującego z wielkim zapałem do trenowania innych.

 

Czy Pana zdaniem bieżąca polityka powinna mieć realny wpływ na sport? Mówi się przecież tyle o odebraniu mundialu piłkarskiego Rosji za jej zaangażowanie na Ukrainie?

 

Te dwie rzeczy powinno się zdecydowanie oddzielać, ponieważ zawsze gdy próbuję się mieszać aktualne wydarzenia polityczne z rywalizacją czysto sportową powstaje wielkie zamieszanie. Pamiętam jak jako junior zdobyłem z reprezentacją Polski w Moskwie brązowy medal mistrzostw Europy. Dawało nam to kwalifikacje na mistrzostwa świata, które miały się odbyć w Chile rządzonym przez wojskową juntę. Pod naciskiem politycznym nasi działacze zdecydowali się wycofać drużynę z rozgrywek, a tu nagle FIFA przeniosła cały turniej do Rosji. Dla nas było jednak już za późno i zamiast naszej drużyny w turnieju wystąpili Bułgarzy. Kto wie jak potoczyłaby się moja kariera gdybym normalnie wziął udział w tym turnieju? Czasami zdarza się też, że sportowcy są karani za nie swoje grzechy. Było tak wówczas, kiedy cała Polska reprezentacja olimpijska nie pojechała na zawody w Stanach zjednoczonych w odwecie za bojkot Igrzysk w Moskwie. Zorganizowano wtedy tak zwane zawody przyjaźni gdzie nasi zawodnicy zdobyli masę medali. Jeszcze do niedawna nie traktowano ich jednak jak olimpijczyków i nie mogli się ubiegać o należne medalistom świadczenia. Na szczęście udało nam się w bieżącej kadencji sejmu naprawić tę niesprawiedliwość. Sądzę jednak, że im mniej polityki w sporcie tym lepiej dla obu tych dziedzin.

 

Jako byłą dziesiątkę Legii i posła startującego z Warszawy muszę Pana zapytać o przyczyny aktualnej słabej formy naszego klubu. Zmiana trenera. Duże straty do lidera i skomplikowana sytuacja w lidze europejskiej. Czy pańskim zdaniem Czerczesow poradzi sobie w tej trudnej sytuacji?

 

Na pewno rosyjski trener jest człowiekiem, który lubi ciężką pracę i konkretne rozwiązania. Nie kombinuje ze składem. Wystawia najlepszych. Z całą pewnością Legia odzyska pierwsze miejsce w tabeli. Jest przecież bardzo silnym klubem, w którym grają znakomici piłkarze, a do końca sezonu jeszcze daleko. Sytuacja w lidze europejskiej jest nieco bardziej skomplikowana, a kluczowe znaczenie będzie miał jutrzejszy mecz z Club Brugge. Wierzę jednak głęboko, że Legia wygra jutrzejszy mecz i na stulecie klubu będziemy mogli się cieszyć zarówno z mistrzostwa i pucharu polski jak i dobrego występu drużyny w europejskich pucharach.

 

Pod koniec naszej rozmowy chciałbym zapytać Pana o sport osób niepełnosprawnych. Nasi niewidomi piłkarze pojechali na mistrzostwa Europy bez wsparcia ministerstwa i tylko dzięki pomocy Roberta Lewandowskiego. Czy to jest normalna sytuacja?

 

Absolutnie nie i nie powinna się więcej powtórzyć. Nasi zawodnicy zagrali na turnieju naprawdę dobrze. Wygrali pierwszy mecz. Zdobyli pierwszą w historii bramkę i nie można tak fajnej inicjatywy pozostawiać bez wsparcia. Od wielu lat jestem zaangażowany we wspieranie sportu osób z niepełnosprawnościami. Z nominacji UEFA jestem ambasadorem olimpiad specjalnych na całą Europę i Azję. Zawody osób z niepełnosprawnością intelektualną to naprawdę fantastyczna i emocjonująca rywalizacja. W innych dyscyplinach jest zresztą podobnie. Oglądałem ostatnio starcie naszych zawodników z Turcją w finale turnieju Amp Footballu. Mecz trzymał w napięciu do ostatniej sekundy, a kiedy patrzyłem jak zawodnicy po amputacjach doskonale przyjmują piłkę i wyprawiają z nią cuda to miałem wrażenie, że technicznie są nieraz lepiej przygotowani, niż nie jeden piłkarz w ekstraklasie. Wszystkie tego typu rozgrywki to poważna rywalizacja sportowa. Sport nikogo nie wyklucza. Przeciwnie, to właśnie dzięki niemu ludzie są aktywni, ćwiczą, wychodzą z domów, poznają innych. Słowa najwyższego uznania należą się też wielu rodzicom, którzy wspierają swoje dzieci w uprawianiu sportu, codziennie dowożą je na treningi i trzymają za nie kciuki. Zawsze będę wielkim zwolennikiem idei sportu dla wszystkich i takie podejście jest na całym świecie. Pamiętam na przykład w Turcji kiedy bardzo lubiany przez drużynę człowiek na którego wołaliśmy baba, po turecku dziadek, pomagał nam wszystkim przygotowywać sprzęt przed i po treningu. To był człowiek z niepełnosprawnością ale cała drużyna go uwielbiała i zawsze zrzucaliśmy się na jego miesięczną pensję. Zresztą wielu kibiców z niepełnosprawnością kocha piłkę nożną i właśnie to a nie ich stan zdrowia jest dla nas zawodników najważniejsze.

 

Jaką sytuację wspomina Pan jako najzabawniejszą w karierze?

 

Przez te wszystkie lata miałem bardzo wiele zabawnych sytuacji, ale najbardziej emocjonujące zdarzyły się w Turcji. Pamiętam, jako nowy zawodnik Galatasaray mieszkałem w pokoju z największą gwiazdą drużyny, wspomnianym już wcześniej Colakiem. Pierwsza noc w nowym klubie. W pokoju zgaszone światło. Panują egipskie ciemności. On mówi coś do mnie po turecku, ja nic nie rozumiem. Podchodzę spokojnie do łóżka i nagle pod poduszką wyczuwam coś twardego. Zrywam się więc zapalam światło i błyskawicznym ruchem podnoszę poduszkę. A pod nią. Nie zgadlibyście, leży pistolet. Gdy osłupiały gapię się na niego z otwartymi ustami Colak zapala swoją lampkę i mówi płynną angielszczyzną: „Jak nie będziesz mi podawał to go użyję”. Czy po takiej deklaracji mogłem nie być królem asyst? Kolejna sytuacja dotyczyła dolarów. Miałem dostać od Turków pewną ratę za transfer w dolarach amerykańskich, a oni przynieśli sumę w tureckiej walucie. Nie muszę chyba dodawać, że wartość tych pieniędzy była dużo mniejsza. Powiedziałem więc władzom klubu, słuchajcie nie tak się umawialiśmy, chwyciłem plik banknotów i przed meczem rozrzuciłem kibicom. Miałem potem duże nieprzyjemności, bo na banknotach była twarz ukochanego tureckiego przywódcy Ataturka i musiałem się tłumaczyć policji. Klub jednak na tym skorzystał bo na następny mecz przyszło trzy razy więcej kibiców przekonanych że znowu będę rozdawał pieniądze. Kiedy potem doszło więc do przejmowania dziesiątki byłem już ulubieńcem tłumów. Mam nadzieję, że i tym razem dziesiątka okaże się dla mnie szczęśliwa i mam prośbę do wszystkich kibiców. Pamiętajcie niedługo o tym magicznym numerze.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.