Zdjęcie przedstawia Janka Melę na tle górskiego, ośnieżonego szczytu.

Lubię bić własne rekordy i przekraczać granice.

W jednym roku zdobył dwa bieguny. Odbył niezliczoną ilość wypraw w różne miejsca świata. Stworzył i aktywnie działa w fundacji Poza Horyzonty. Wspólnie z innymi gwiazdami tańczył w telewizji na oczach milionów Polaków. Wszystkie te doświadczenia zwiększyły tylko apetyt Jaśka Meli na nowe przygody i ekstremalne przeżycia, i dlatego ostatnim jego wyczynem był udział w Iron Mannie w Gdyni. Poczytajcie o człowieku, który kocha aktywne i pełne wrażeń życie.

Nasza rozmowa przypada na moment, kiedy jest Pan krótko po zawodach triatlonowych. Dlaczego chciał Pan spróbować właśnie tego sportu i jak Pan się czuje po tak ekstremalnym wysiłku?

Bardzo lubię stawiać przed sobą nowe wyzwania, a zawody triatlonowe to była dla mnie zupełnie nowa dziedzina. Mimo iż od wielu lat uprawiam różne sporty i kilka lat temu udało mi się nawet przebiec maraton w Nowym Jorku, to nigdy wcześniej nie próbowałem biegać, pływać i jeździć na rowerze tego samego dnia. Największą trudność w przygotowaniach sprawiło mi pływanie, z którym wcześniej miałem najmniej do czynienia. Przepłynąć dwa kilometry, a potem jeszcze zacząć kolejne dyscypliny wydawało mi się bardzo ciężkie. W zawodach triatlonowych najważniejsze jest przygotowanie kondycyjne i umiejętne rozłożenie sił. Ja miałem to wielkie szczęście, że mogłem pracować ze znakomitym trenerem Piotrem Netterem, który sam przez wiele lat był zawodnikiem, a później trenował polską kadrę. Świetnie rozumie duszę sportowca i to było dla mnie duże ułatwienie. Nie ukrywam jednak, że przy moim trybie życia, bardzo ogromnej liczbie codziennych zajęć nie łatwo było znaleźć czas na regularne treningi, dlatego kiedy przyszedł dzień zawodów, czułem że mogłem jednak poświęcić na nie więcej czasu. Używałem oczywiście specjalnie przystosowanego roweru i prostej protezy ręki, ale przy tak długim dystansie to nawet nie jest kwestia równowagi, ale obciążenia mięśni, pleców tego wysiłku dla całego organizmu. Takie zawody to nie jest kwestia prędkości czy doskonałej techniki jazdy na rowerze tylko tego, żeby przez dobrych kilka godzin działając na bardzo wysokich obrotach po prostu nie wymięknąć. Mi się to udało, choć ukończenie wszystkich dyscyplin zajęło mi ponad osiem godzin, a najszybsi zawodnicy osiągają czas poniżej pięciu. Nie chcę się jednak porównywać z zawodnikami, którzy trenują codziennie i dla których triatlon to całe życie. Dla mnie to była przede wszystkim dobra zabawa, a po ukończeniu Iron Mena mam poczucie, że niezbędną do tego wytrzymałość kształtuje się przez wiele lat. Mnie na pewno pomogło to, że mam za sobą bardzo wiele wypraw po górach, które kocham. To one przyzwyczaiły mnie do długotrwałego wysiłku. Strasznie ważna jest też psychika, bo w którymś momencie nogi nam odpadają, ręce bolą wszystko mamy poobcierane nie mówiąc już o nodze w protezie, która oczywiście też jest cała opuchnięta i zmęczona. Wtedy właśnie trzeba pogodzić się ze wszystkimi trudnościami i powiedzieć sobie: no cóż boli, to boli będziesz się tym martwić dopiero jutro, bo najgorszy jest zawsze dzień po zawodach, a teraz trzeba walczyć dalej. Fajnie jest pokonać swoją słabość i bić swoje małe, prywatne rekordy. To bardzo przyjemne uczucie.

Wspomniał Pan o tym, że wyprawy górskie bardzo się przydały podczas zawodów. Którą ze swoich licznych wypraw wspomina Pan jako najciekawszą i najbardziej ekstremalną?

Każda z nich była zupełnie inna. Bardzo dużo trudnych sytuacji wymagających ode mnie wysiłku fizycznego i ogromnej samodzielności, przeżyłem podczas niedawnej podróży po Azji Południowo-wschodniej. Z drugiej jednak strony pierwsza wyprawa na bieguny to było milion różnych niepewności. Zastanawiałem się czy nowe protezy wytrzymają i jak sobie poradzą w temperaturze -35 stopni w Arktyce. Nie było jednak innej metody, żeby to sprawdzić jak tylko zabrać je tam i spróbować. Z podróżami w moim życiu jest w ogóle tak, że te pierwsze wyprawy nie były moimi pomysłami. Oczywiście jak każdy dzieciak marzyłem o tym, żeby zwiedzać, podróżować, poznawać nowe, fascynujące miejsca, ale nie wierzyłem w to że uda mi się spełnić wszystkie te marzenia własnymi siłami.

Pomysł wspólnej wyprawy na biegun północny wyszedł od Marka Kamińskiego, który zaprosił mnie do udziału w tej wielkiej przygodzie, z czego się bardzo cieszę. Tamte wydarzenia pozwoliły mi uwierzyć w siebie. Każda kolejna wyprawa uczyła mnie samodzielności.

Wiedziałem, że super jest to, że znalazł się ktoś taki jak Marek, który pokazał mi czym jest fascynująca i pełna przygód podróż, ale zdawałem sobie sprawę, że jeśli chcę jeździć dalej i podejmować kolejne wyzwania to muszę nauczyć się organizować wyprawy samodzielnie.

Podczas wyprawy na biegun miałem obok siebie doświadczonego podróżnika i wszystko było perfekcyjnie przygotowane. Dni przebiegały zgodnie z pewnym ustalonym planem. Rzecz jasna podstawowym problemem była temperatura. Przed wyprawą pojechaliśmy do niewielkiej, odciętej od świata norweskiej wioski, żeby poczuć trochę zimna i przygotować się do tego psychicznie, jednak mrozu jaki panuje w Arktyce nie da się porównać z niczym. Przez cały czas trwania wyprawy miałem jednak przy swoim boku człowieka, który wiedział jak się zachować, co zrobić w niebezpiecznej sytuacji i na co zwracać uwagę.

Dużo większym wyzwaniem także w sensie organizacyjnym była wspomniana już przeze mnie wyprawa azjatycka w którą wyruszyłem samotnie. Zwiedziłem Tajlandię, Kambodżę, Laos, Wietnam, Birmę, Malezję i Singapur. To była może nie najbardziej spektakularna, ale najbardziej wymagająca podróż mojego życia, bo w Azji każdy dzień był niewiadomą. Nie wiedziałem, gdzie będę jutro spał kiedy wyjadę z danego kraju. Czasem będąc na granicy nie wiedziałem na ile dostaję wizę. Jechałem do Wietnamu myśląc, że będę mógł tam spędzić cztery tygodnie, a dostałem wizę na dwa. Wietnamczyk ni w ząb nie mówiący po angielsku nie dał się do niczego przekonać. Cały czas trzeba było coś zmieniać, być elastycznym. Jedynymi elementami stałymi były mój namiot, kuchenka i niewielki zapas jedzenia. Po za tym nigdy nie wiedziałem co się zdarzy. Ekstremalnym i ciekawym przeżyciem była dla mnie temperatura. Przyzwyczajony wcześniej do warunków arktycznych ciężko znosiłem 40 stopniowy upał i potworną wilgotność powietrza w Tajlandii. Tam nawet nie opłacało się wycierać po wzięciu prysznica, ponieważ kiedy tylko wyszedłeś od razu z powrotem robiłeś się mokry. W takich warunkach bardzo przydaje się to, że na co dzień dbam o kondycję. Uprawiam sport, jeżdżę na rowerze czy od czasu do czasu pójdę na siłownię, bo żeby w taki upał tachać ze sobą 16-kilogramowy plecak trzeba mieć sporo siły.

Każda wyprawa wymaga jednak innych przygotowań. Przed podróżą na biegun ćwiczyliśmy na przykład jak zachować się jeśli ktoś wpadnie do szczeliny śnieżnej. W tym celu prowadziliśmy specjalne treningi na basenie. Wskakiwaliśmy do wody ubrani w kompletne stroje polarne nawet z nartami na nogach, żeby poczuć co się dzieje w takiej sytuacji. Z kolei przed wyjazdem do Azji przeżyłem niezliczoną ilość szczepień, bo musiałem zabezpieczyć się na wypadek ataku jakiegoś niebezpiecznego wirusa czy ukąszenia dziwnej pszczoły. Trzeba było też wiedzieć, w których krajach aktualnie trwa wojna i czy gdzieś przypadkiem nie zmienił się front. Przygotowań jest więc zawsze sporo, mimo iż ja bardzo lubię spontaniczność i nigdy nie planuje wypraw od A do Z. Nie lubię spać w hostelach czy hotelach i nie zakładam, że dzisiaj nocleg będzie dokładnie tu, a jutro tam. Uwielbiam emocje, które towarzyszą każdej podróży. Wyjeżdżając z Polski do Azji byłem można powiedzieć trochę przerażony, ale na miejscu jak zwykle okazało się, że wszystko jest dla ludzi i nawet w kraju gdzie nikt nie zna żadnego europejskiego języka można się porozumieć. Azję wybrałem zresztą właśnie dlatego, że chciałem zobaczyć coś zupełnie nowego spróbować innego świata.

Kiedy przeglądałem listę odwiedzonych przez Pana miejsc zainteresowała mnie szczególnie wyprawa na Elbrus. Zdobywaliście go wspólnie z niewidomym Łukaszem Żelechowskim. Jak wyglądała wasza współpraca? Jakie to było dla pana doświadczenie?

To było super przeżycie. Ja bardzo lubię wyprawy integracyjne z ludźmi, którzy są w różny sposób inni. Każda inność jest moim zdaniem fajna i ciekawa. Wielokrotnie kiedy organizowałem wyprawy z udziałem osób pełnosprawnych i niepełnosprawnych to na ich początku wolontariusze, których braliśmy ze sobą myśleli, że niewidomym czy głuchoniemym trzeba się będzie zaopiekować. My jednak uczymy ludzi sensownego pomagania, a to nigdy nie oznacza wyręczania kogoś. W efekcie często dzieje się tak, że to osoby niepełnosprawne uczą i uświadamiają wiele rzeczy zdrowym ludziom. Wspólną wyprawę z Łukaszem wspominam doskonale. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie jego świetna pamięć. Jeszcze kiedy byliśmy w Polsce potrafił z pamięci podać rozkład i trasę każdego autobusu. Byłem też pod wrażeniem tego jak sobie radzi w przestrzeni. Jeśli na przykład w naszym pomieszczeniu przestała działać żarówka to Łukasz dzięki znakomitej orientacji radził sobie najlepiej. W trakcie wyprawy w niektórych sytuacjach to ja go prosiłem o pomoc, bo mógł zrobić świetny użytek ze swoich dwóch rąk i nóg, a w innych sam mogłem mu się przydać korzystając ze wzroku. Można więc powiedzieć, że ja byłem jego oczami, a on moimi rękoma i to było bardzo fajne. W niektórych bardziej niebezpiecznych momentach kiedy mogły się zdarzyć szczeliny lodowe cały nasz zespół szedł powiązany liną w odległości dwóch – trzech metrów od siebie. Dzięki temu jeśli ktoś wpadnie do szczeliny, druga osoba może natychmiast zareagować i w takim przypadku nie ma znaczenia czy ktoś widzi czy nie, bo liczy się refleks i sprawne ręce żeby na czas skutecznie udzielić koledze pomocy. Łukasz wywiązywał się z tego zadania znakomicie.

Czy podczas różnych Pańskich podróży zdarzały się sytuacje bardzo niebezpieczne?

Na szczęście nie było ich tak wiele, a jeśli już się zdarzały to kończyły się szczęśliwie. Pamiętam jak któregoś dnia kiedy byłem w Kambodży moja siostra dała mi mailem znać, że niedaleko od miejsca w którym się znajdowałem jest stara francuska wioska, a w niej piękne ogromne i opuszczone jak całe to miejsce kasyno. Postanowiłem że tam pojadę i przenocuję w namiocie. Zanim jednak dotarłem, zapadł zmrok i kiedy doszedłem do kasyna było już całkowicie ciemno. Wyciągnąłem więc latareczkę rozstawiłem namiot i nagle usłyszałem, jakiś szelest w pobliskich krzakach. Gdy spojrzałem w tamtym kierunku zobaczyłem trzech młodych chłopaków z jakimiś pałkami w rękach. Pomyślałem sobie, no nie źle. Jestem na totalnym pustkowiu. Jeśli któryś teraz podejdzie, walnie mnie tą pałką i zabierze mi cały sprzęt to nikt nigdy się nawet o tym nie dowie, a moja podróż może tu dobiec końca. Widziałem jednak, że oni są tak samo przestraszeni jak ja więc uśmiechnąłem się do nich i przywitałem się w języku Khmerów mówiąc, że jestem ich przyjacielem. Uśmiechnęli się pomachali do mnie i poszli w swoją drogę. Pomyślałem sobie wtedy, że życie to często szczęśliwe zbiegi okoliczności. Czasami sytuacja wskazuje na to, że może się coś złego wydarzyć, a jednak wszystko kończy się szczęśliwie. Podróżując po świecie przeżyłem jednak zdecydowanie więcej miłych chwil, które dodawały całej mojej przygodzie dodatkowego uroku. Spotkałem masę osób, które bardzo chętnie pomagały i chętnie opowiadały własne historie. Nie raz zdarzyła mi się sytuacja, że ktoś mnie zaprosił do domu i podzielił się ze mną obiadem. Innym znowu razem gdy zatrzymywałem auto, a człowiek jechał w drugą stronę i nie mógł mnie podrzucić podzielił się ze mną trzema złowionymi własnoręcznie rybami. Takie gesty są bardzo miłe i pokazują jak wiele dobra można otrzymać od ludzi, dlatego właśnie preferuję spontaniczny styl podróżowania nie samolotem, nie pociągiem tylko właśnie autostopem.

Wiele dobra rozdaje Pan też innym. Co w pańskim życiu zmieniło założenie i prowadzenie fundacji?

Prowadzenie fundacji pomaga bardzo mnie samemu. To jest praca, która daje mi ogromne poczucie sensu. Kiedy spotykam się z naszymi podopiecznymi, kiedy jeździmy do szpitali czy do ich domów po całej Polsce, to bardzo często mamy do czynienia z niezwykle trudnymi historiami. Uświadamiam sobie wtedy jak dużo mam szczęścia, bo w moim wypadku wszystko mogło się skończyć znacznie gorzej i mogłem być dużo bardziej poszkodowany przez los, a tak naprawdę to nie jest wcale tak źle.

Kiedy spotykam się z kimś po wypadku to podstawowym narzędziem do pracy staje się historia mojego życia. Łatwiej mi zrozumieć niektóre osoby, bo sam przeszedłem w życiu coś trudnego i dzięki temu łatwiej jest mi znaleźć sposób na skuteczną pomoc. Pamiętam, że te trzynaście lat temu kiedy uległem wypadkowi, to bardzo potrzebowałem wsparcia kogoś kto rozumiałby to wszystko co się dzieje, bo każdy przychodzi do szpitala i chcąc jak najlepiej mówi różne miłe rzeczy, ale tak naprawdę nikt z zewnątrz tego do końca nie zrozumie. Żeby zrozumieć niepełnosprawność, trzeba być niepełnosprawnym, żeby zrozumieć co znaczy być chorym trzeba samemu być chorym, bo nie da się tego wyczytać czy wyobrazić sobie jakby to było. Samo spotkanie się z kimś kto rozumie sytuację jest już wielkim wsparciem, a kiedy dzięki naszym działaniom udaje się zafundować ludziom protezy, które są warte po kilkadziesiąt tysięcy złotych i na które nasi podopieczni nie mogliby sobie pozwolić, to daje to ogromną satysfakcję oraz poczucie, że ten niesprawiedliwy los udało się trochę odwrócić.

Jeśli więc w moim życiu zdarzy się dzień kiedy sam mam doła, albo nic mi się nie chce, to myśl o osobach które potrzebują wsparcia motywuje mnie do działania. Przypominam sobie jak po wypadku nie miałem wcale poczucia, że będzie dobrze. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się że, teraz życie będzie szare i nijakie. Myślałem sobie jak można żyć aktywnie będąc osobą niepełnosprawną? Wtedy bardzo pomogli mi moi rodzice, na których mogłem liczyć w każdej sytuacji. Dzisiaj wiem, że to czy życie będzie aktywne i ciekawe zależy tylko od nas. Jeżeli nie damy sobie wmówić że jesteśmy przegrani, jeśli sami w to nie uwierzymy, to jesteśmy wygrani. Wyboru dokonujemy jednak sami. Mnie na przykład bardzo pomogły spotkania z innymi osobami niepełnosprawnymi, aktywnymi energicznymi, pełnymi pomysłów na życie. Od tamtej pory bardzo mi zależy żeby zarażać innych radością i wiarą w siebie oraz we własne możliwości. To zadanie realizuję dzięki pracy w fundacji.

Jakie są Pana plany na najbliższą przyszłość zarówno jeśli chodzi o fundację jak i podróże? Czy szykuje się kolejna pasjonująca wyprawa?

U mnie wiele rzeczy dzieje się spontanicznie. Jeśli chodzi o fundację to mam nadzieję, że uda nam się powrócić do tradycji naszych wypraw integracyjnych, które przez dwa lata się niestety nie odbywały, ponieważ byliśmy zaangażowani w inne projekty, które dostarczyły nam środków na protezy dla podopiecznych. Mam nadzieję, że poprowadzimy też szkolenia dla psychologów w zakresie psychotraumatologii, żeby osoby po wypadkach mogły liczyć na lepsze wsparcie specjalistów w szpitalach, bo niestety na razie ta pomoc jest na bardzo niskim poziomie. Jeśli chodzi o podróże to mam bardzo wiele pomysłów, ale też bardzo często planowane wyjazdy nieco odsuwają się w czasie, na przykład półtora roku przygotowywałem się do zimowej wyprawy na Syberię, a udało mi się ją zrealizować dopiero na początku tego roku. Pojechałem tam razem z tatą. W następnej kolejności marzy mi się wyprawa przez Amerykę Południową, żeby spędzić trochę czasu w Patagonii na południu Chile, gdzie są przecież bardzo dzikie, niezwykłe warunki i miejsca mało zbadane przez człowieka. Na pewno kiedyś spróbuję też objechać rowerem Islandię. W ogóle klimaty arktyczne chyba jednak bardziej mi odpowiadają. Wspomniana przed chwilą Syberia to miejsce bardzo dzikie, ale jednocześnie bajkowe. Kiedy w marcu wspólnie z tatą dotarliśmy do Irkucka, a stamtąd przejechaliśmy samochodem dalej na zamarznięte jezioro i wyspę, która znajduje się na środku Bajkału, zdecydowaliśmy nocować na lodzie. Byliśmy jedynymi osobami, które spędziły noc w taki sposób. Ludzie, nawet ci mieszkający na co dzień na Syberii patrzyli na nas jak na wariatów, ale warto było przeżyć coś tak niesamowitego. Przyroda syberyjska jest niesamowita. Lód, po którym się chodzi i na którym nocowaliśmy cały czas pęka. Co kilkanaście, kilkadziesiąt sekund słychać huk, pojawiają się nowe rysy, ale mimo to jest na tyle gruby, że nie może się rozstąpić więc nikomu nie grozi wpadnięcie do przepaści. Wszystko to robi niesamowite wrażenie. Mróz huk, wiatr i bezkresna przestrzeń, wszystko to wywołuje poczucie zagrożenia. Pierwsza noc na lodzie była więc trudna do wytrzymania, ale wszystko to warto było przeżyć. To są takie rzeczy i chwile, które człowieka najpierw przerażają, ale potem się je dobrze wspomina. Właśnie dla nich podróże są dla mnie pociągające i chociaż myślę, że kiedyś trzeba będzie zwolnić, wybudować dom i założyć rodzinę to wszystko jest jeszcze pieśnią przyszłości. Na razie chcę chłonąć świat całym sobą, pomagać innym i żyć pełnią życia.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Jeden komentarz: On Lubię bić własne rekordy i przekraczać granice.

  • Piękny wywiad z pięknym człowiekiem jakim jest Janek Mela. Kilkanaście miesięcy temu czytałam autobiografię Jaśka. Zastanawiam się czy dziś byłby on tak aktywnym człowiekiem i tyle dobra dawałby innym, gdyby nie przeszedł przez tak trudny czas w swoim życiu, jakim był jego tragiczny wypadek.Nie chcę twierdzić, że znam odpowiedź na to pytanie. Cieszę się najbardziej, że Jasiek nie marnuje swojego życia i inspiruje wielu. Życzę mu dalszego rozwoju!

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.