Zdjęcie przedstawia Rafała Wikla na handbike'u przed startem, w okól znajdują sie inni zawodnicy.

Kolarski terminator

Od pierwszej chwili kiedy wsiadłem na handbike’a wiedziałem, że to jest to! Adrenalina, pot, krew i wysiłek to było to co kocham – mój prawdziwy powrót do radosnego, sportowego życia – opowiada Rafał Wilk, podwójny złoty medalista Igrzysk w Londynie i wielokrotny Mistrz Świata w kolarstwie.

Panie Rafale dlaczego właśnie handbike? Jak zaczęła się pańska wypełniona triumfami kariera?

Jazda na rowerach i generalnie sporty motorowe są tym co kocham robić od bardzo dawna. Jeszcze jako bardzo młody człowiek na wiele lat przed wypadkiem, który zmienił moje życie brałem udział w różnych kolarskich wyścigach amatorskich i oczywiście zawodowo ścigałem się na żużlu. W 2006 roku podczas jednego z meczów ligowych zdarzył mi się wypadek i miałem wrażenie że w ułamku sekundy zostało mi zabrane wszystko.

Ja, człowiek, który ścigał się na motocyklach, jeździł na rowerze kochał jazdę na nartach, po prostu żył sportem i ruchem zostałem nagle przykuty do łóżka.

Musiałem rozpocząć długą walkę i uczyć się wszystkiego od nowa, bo początkowo byłem w tej sytuacji bezbronny jak dziecko. Najbardziej bolał mnie brak samodzielności. W tych trudnych chwilach bardzo pomogła mi rodzina dzięki której zdołałem się podnieść. Dzień w dzień jeździłem na rehabilitację, trenowałem po sześć czasami osiem godzin i zawsze jeszcze po powrocie do domu aplikowałem sobie dodatkowe ćwiczenia, aż do całkowitego wyczerpania organizmu. Można śmiało powiedzieć, że cały ten czas to był najdłuższy wyścig w moim życiu ale najważniejsze, że udało się go zakończyć sukcesem.

Po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że skoro i tak ciężko trenuję to warto byłoby wrócić do sportu. Jeszcze jako pełnosprawny sportowiec widziałem kiedyś osoby jeżdżące na monoski i sam będąc wózkowiczem postanowiłem zacząć właśnie od nart. ta decyzja przyszła bardzo szybko bo wypadek na torze żużlowym miałem w maju a w grudniu już jeździłem na nartach. Ta emocjonująca jazda była mi bardzo potrzebna. Była fantastyczną odskocznią od wózka i tych wszystkich godzin, które zmuszony byłem na nim spędzać. Mogłem o tym zapomnieć i poczuć się wolny. Mogłem sam pojechać do lasu odetchnąć świeżym powietrzem, poczuć przestrzeń. Ciągle jednak brakowało mi prawdziwej adrenaliny, którą dają sporty motorowe, właśnie dlatego jakieś trzy lata po wypadku pożyczyłem od swojego przyjaciela handbike’a i już po pierwszej jeździe wiedziałem, że to jest to. Wielki wysiłek potrzebny do rozpędzenia się, zaraz jakaś przypadkowa obcierka, krew, pot adrenalina. To było to co zawsze kochałem i co nakręca mnie pozytywnie. Szybko podjąłem decyzję, że spróbuję powalczyć z innymi. Moim trenerem został Jakub Pieniążek, który wcześniej trenował wyłącznie pełnosprawnych kolarzy. Praca ze mną była więc dla niego dużym wyzwaniem ale podjął się go z przyjemnością a nasza współpraca przyniosła znakomite efekty.

Wygrywał pan Mistrzostwa świata w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Szwajcarii. Wielokrotnie był pan zwycięzcą sezonowej klasyfikacji generalnej. Triumfował pan także na Igrzyskach olimpijskich w Londynie. Który z tych sukcesów jest dla pana najważniejszy?

Zdecydowanie najbardziej zapadł mi w pamięć pierwszy medal olimpijski zdobyty w Londynie. Miał on dla mnie szczególne znaczenie ponieważ dedykowałem go mojemu tacie, który zginął w wypadku wiele lat temu. Obiecałem sobie wówczas, że właśnie po to żeby uczcić jego pamięć stanę się najlepszym zawodnikiem na świecie. Było to jeszcze przed moim wypadkiem, dlatego nie wiedziałem, że dyscypliną w której uda mi się osiągnąć ten cel będzie kolarstwo. Najważniejsze jednak, że udało mi się dotrzymać słowa.

Startował pan także z powodzeniem w maratonie w Nowym Jorku? Jak pan wspomina tamte zawody?

Było to bardzo pozytywne przeżycie. Ścigałem się na tradycyjnym dystansie 42 kilometrów 195 metrów i udało mi się wywalczyć drugie miejsce. Był to mój pierwszy poważniejszy sukces. Zdecydowanie więcej emocji dostarczyły mi jednak zawody na Alasce. Ścigaliśmy się latem w dużym słońcu robiąc siedem etapów w ciągu sześciu dni. Dziennie do pokonania było około 60 70 kilometrów. To jeden z najcięższych wyścigów na świecie. ‚Ukształtowanie terenu bardzo trudne do pokonania łącznie ponad 400 kilometrów. Wymaga to niesamowitej kondycji, dlatego kiedy udało mi się w 2013 roku wygrać te zawody czułem olbrzymią satysfakcję.

Wspomniał pan o kondycji. Proszę zatem przybliżyć czytelnikom sprawę treningu i budowania formy przed zawodami.

Podstawą treningu jest oczywiście intensywna jazda na rowerze. Rocznie to ponad pięćset godzin i piętnaście tysięcy kilometrów. Dochodzą do tego oczywiście ćwiczenia ogólnorozwojowe i siłownia. Zima do dla nas czas na zbudowanie mocy i formy która pozwoli później na przykład w takich zawodach jak na Alasce bić rekordy trasy i wspinać się pod górę na bardzo wymagającym terenie. Ogromne znaczenie ma także wytrzymałość. Buduje się ją na zgrupowaniach jeżdżąc po cztery pięć godzin dziennie. To co zbudujemy w zimie procentuje potem latem. Uprawianie sportu wiąże się także ze ścisłym przestrzeganiem diety i odpowiednią suplementacją. W timie profesjonalnego sportowca zawsze znajduje się osoba odpowiedzialna właśnie za nią. Dopasowuje się ją do treningów. Jeżeli są w damnym momencie bardziej intensywne to organizm ma większe zapotrzebowanie na białko. Dzięki niemu można się szybciej zregenerować i uzupełnić rozmaite niedobory.

Jak wygląda handbike na którym pan się ściga?

Handbike’ów jest kilka, jeśli nie kilkanaście rodzajów. Mój rower jest akurat bardzo nowoczesnym sprzętem karbonowym. Waży poniżej dziesięciu kilogramów i zawieszony jest cztery centymetry nad ziemią czyli bardzo nisko. Handbikeowiec znajduje się na rowerze w pozycji leżącej dlatego często żartujemy między sobą że wyjeżdżamy na cztero lub pięciogodzinny trening, żeby się poopalać. Jest to jednak pozycja bardzo aerodynamiczna. Handbike rozwija naprawdę olbrzymie prędkości. W moim najszybszym wyścigu pędziłem z prędkością 96 kilometrów na godzinę więc jestem pewien że granica stu zostanie niebawem przełamana. Wszystko to oczywiście wymaga olbrzymiej pracy rękoma, ale handbike wcale nie jest wolniejszy od zwykłego roweru. Już nie jeden raz przekonałem się, że ludzie pracujący nogami mieli poważne problemy z tym żeby mnie dogonić i to mimo tego, że w rękach nie dysponuje się taką siłą jak w nogach.

Ile może kosztować taki handbike i czy można na niego zdobyć jakieś dofinansowanie?

Ponownie zależy to od klasy i typu roweru. Przeciętny kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, a naprawdę dobry sprzęt który pozwala na rywalizację na najwyższym światowym poziomie to koszt rzędu pięćdziesięciu tysięcy. W początkowej fazie kariery zawodnicy muszą finansować wszystko samodzielnie. Jedyna pomoc na jaką mogą liczyć to czasami jakiś projekt z powiatowego centrum pomocy rodzinie czy podobnej instytucji. Jeśli zaczynasz odnosić sukcesy to masz szansę na stypendium z ministerstwa sportu, a także na to, że firmy producenckie udostępnią ci rower, bo jeżdżąc na nim stajesz się niejako ich żywą reklamą. Mój pierwszy sprzęt był produkcji amerykańskiej, ale od tamtego czasu Polska poszła bardzo do przodu jeśli chodzi o produkcję handbike’ów i aktualnie jeżdżę na bardzo nowoczesnym polskim sprzęcie, który otrzymałem od kadry.. Jeśli zawodnik chce mieć pewność, że będzie mógł wystartować we wszystkich imprezach w sezonie których jest około 40 musi pozyskać sponsorów. Ministerstwo wspiera finansowo około pięciu, sześciu startów. Na szczęście dzięki temu, że wygrałem już naprawdę dużo nie mam problemów ze znalezieniem osób, które chcą wspierać moją karierę.

Jakie są pana najbliższe plany sportowe i wyzwania na przyszłość?

Celem numer jeden w tym sezonie są oczywiście Igrzyska w Rio. Będę tam bronił dwóch tytułów wywalczonych w Londynie w jeździe indywidualnej na czas i w wyścigu ze startu wspólnego. Czołówka światowa jest bardzo wyrównana. Startujemy oczywiście z podziałem na kategorie od H1 do H5. W kategorii H1 rywalizują kolarze z najpoważniejszymi urazami kręgosłupa. Moją kategorią jest H4 dotycząca osób z uszkodzonym odcinkiem lędźwiowym. Walka będzie z pewnością bardzo zacięta i emocjonująca więc przygotowuję się do niej przez cały sezon startując w zawodach pucharu świata i trenując na zgrupowaniach. Z jednego z nich właśnie wróciłem. Mam wielką nadzieję, że uda mi się obronić mistrzostwo olimpijskie co byłoby dla mnie olbrzymim sukcesem i wielką sportową radością.

Na koniec chciałbym zapytać czy można w jakiś sposób porównać jazdę na handbike’ach z żużlem? Czy jest coś co je łączy?

Moim zdaniem są to zupełnie różne dyscypliny. Na żużlu wyścig trwa niewiele ponad minutę a w kolarstwie półtorej czy dwie godziny. Rower wymaga też dużo większej liczby godzin spędzonych na treningach. Na żużlu w dużym stopniu pomaga nam maszyna. W kolarstwie naszym silnikiem jest organizm. Rower daje większą szansę zawodnikowi na wykazanie się umiejętnościami. Długotrwały wyścig, rywalizacja z innymi kolarzami, zmaganie się z wiatrem, deszczem, czy słońcem wszystko to zapewnia niewiarygodne wrażenia. Za to kocham tą dyscyplinę i nie zamieniłbym jej na żadną inną. Sport powinien dawać nam wszystkim masę radości i ja wierzę że największą zapewnię sobie i kibicom w tym roku w Brazylii.

 

________

fot.  Krzysztof Łokaj

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Jeden komentarz: On Kolarski terminator

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.