Zdjęcie przedstawia Milenę Olszewska podczas turnieju łuczniczego. Stoi bokiem, jest w momencie naciągnania strzały. Na jednym oku ma opaskę.

Kiedy wzięłam łuk do ręki to tak mi się spodobało, że od razu poczułam chemię z tym sprzętem.

O tym jak celnie strzelać, zdobywać medale i bić światowe rekordy porozmawiam z Mileną Olszewską brązową medalistką igrzysk paraolimpijskich w Londynie w łucznictwie klasycznym.

Co to znaczy być dobrą łuczniczką?

Można powiedzieć żartobliwie, że dobra łuczniczka powinna charakteryzować się tymi cechami, których ja nigdy nie miałam, czyli systematycznością, ogromną cierpliwością, uporem, ale też umiejętnością wykonywania jednej konkretnej rzeczy z ogromną dokładnością i powtarzalnością. Tego właśnie nauczył mnie ten sport. Dzięki łucznictwu dowiedziałam się także jak osiągać wyciszenie i spokój. Na oddanie precyzyjnego strzału składa się bowiem bardzo wiele czynników. Trzeba wykonać masę precyzyjnych ruchów, a nie da się tego zrobić bez osiągnięcia spokoju i kontroli nad całym swoim ciałem. W tej dyscyplinie o sukcesie lub porażce często decydują więc predyspozycje psychiczne, ale łuczniczka która chce się liczyć na arenie międzynarodowej nie może zapominać o budowaniu siły fizycznej. Moim dużym atutem są na przykład świetnie rozwinięte górne partie ciała, co osiągnęłam w dużym stopniu w sposób naturalny, bo od lat poruszam się o kulach. Jednak bez treningów utrzymanie dobrej formy byłoby niemożliwe.

Kiedy zdecydowała się Pani na uprawianie właśnie tej dyscypliny sportu? Czym przyciągnęło panią łucznictwo?

Jak to często w życiu bywa o tym, że zainteresowałam się strzelaniem z łuku zdecydował przypadek. Na czwartym roku studiów w Gorzowie miałam jasno określone plany. Chciałam wrócić do rodzinnego Czarnkowa i podjąć pracę w opiece społecznej, co od lat było moim marzeniem. Wtedy właśnie zupełnie nieoczekiwanie zostałam zaproszona przez panią Alicję Bukańską, która sama jest znakomitą łuczniczką do wygłoszenia w gorzowskim urzędzie wojewódzkim prelekcji na temat co w życiu osoby niepełnosprawnej zmieniają studia. Prelekcja oczywiście się odbyła ale okazało się, że był to delikatny podstęp ze strony pani Alicji, która poszukiwała w tym czasie kandydatek na łuczniczki wśród studentek z niepełnosprawnością. Po prelekcji więc bardzo pilnowała żebyśmy pozostały w stałym kontakcie i przekonywała mnie do przyjścia na pierwszy trening. Nie chcąc robić jej przykrości wreszcie się zgodziłam i dokładnie siódmego listopada 2007 roku – do dziś pamiętam ten wyjątkowy dzień przyszłam na pierwszy trening. Kiedy wzięłam łuk do ręki od razu poczułam chemię z tym sprzętem. Początki strzelania wcale jednak nie były łatwe. Osiągałam bardzo niskie wyniki, a wypracowanie odpowiedniej techniki zajęło mi kilka lat. Uparłam się jednak, bo łucznictwo mnie bardzo wciągnęło i konsekwentnie poprawiałam precyzję i rezultaty. Do dziś moim trenerem jest człowiek, który uczył mnie tej dyscypliny od podstaw, pan Ryszard Bukański i jak na razie moja wielka przygoda z łucznictwem rozwija się bardzo dobrze. Największym magnesem przyciągającym mnie do łucznictwa było to, że poczułam jak trudna jest to dyscyplina. Zorientowałam się, że w strzelanie trzeba włożyć bardzo wiele pracy, ale jednocześnie można się niezwykle dużo nauczyć. Łucznictwo zapewnia poczucie ciągłego rozwoju i dzięki temu nigdy się nie nudzi.

Czy zawody paraolimpijskie w łucznictwie różnią się w jakiś sposób od tych, w których biorą udział pełnosprawni sportowcy?

W tej chwili nie istnieją już żadne zasadnicze różnice pomiędzy zawodami paraolimpijskimi, a tymi w których uczestniczą łucznicy pełnosprawni. Rywalizacja odbywa się w dwóch kategoriach: łucznictwie klasycznym i tak zwanym bloczkowym. Do 2013 roku istniał podział na zawodników strzelających w pozycji stojącej i tych którzy oddawali strzały siedząc na wózkach, ale na szczęście od dwóch lat strzelamy już wszyscy razem, a jedyny naturalny podział to ten ze względu na płeć. Zasady łucznictwa klasycznego są proste. Strzelamy z 70 metrów i w każdych zawodach musimy przejść etap eliminacji oddając 72 strzały. Za każdy z nich w zależności od stopnia celności możemy uzyskać maksymalnie dziesięć punktów. Jeśli osiągniemy wynik który pozwoli awansować do dalszej części zawodów to odbywają się one już systemem pucharowym. Dochodzi do pojedynków między zawodnikami i zwycięzca przechodzi do kolejnej rundy. W łucznictwie paraolimpijskim istnieje jeszcze jedna konkurencja, w której startują zawodnicy z porażeniem czterokończynowym. Wyodrębnia się ją dlatego, że potrzebują oni troszeczkę innych łuków żeby oddać strzał a także różnych pomocy przy naciąganiu cięciwy.

W jaki sposób oddaje pani strzał opierając się na kulach? Czy jest to w ogóle możliwe?

Podczas zawodów zdejmuję protezę prawej nogi i korzystam ze specjalnego krzesełka dla perkusistów które zakupiłam w sklepie muzycznym. Regulamin dopuszcza taką możliwość, a dla mnie to ogromna wygoda bo krzesełko ma wyżłobione specjalnie wyprofilowane miejsce, o które mogę zaprzeć kikut. Dzięki temu utrzymuję prawidłową postawę ciała. Żeby móc bez problemu utrzymywać taką postawę trzeba regularnie przerzucać tony na treningach. Mają one charakter bardzo siłowy. Już na rozgrzewkę bardzo mocno rozciągam gumy żeby odpowiednio rozruszać mięśnie. Potem następuje seria ćwiczeń, które pozwalają wypracować pewne automatyzmy w zachowaniu. Oddaję strzały z pięciu metrów z zamkniętymi oczami, a później przechodzę na większe odległości ćwicząc w ten sposób orientację i celność. W sezonie zimowym kiedy treningi odbywają się na hali, maksymalna odległość z jakiej możemy strzelać siłą rzeczy spada do osiemnastu metrów. Wtedy dla wzmocnienia siły mięśni włączam do treningu ćwiczenia na siłowni, a dla ich rozluźnienia basen. Niezwykle ważna w treningu każdego łucznika jest praca nad oddechem i koncentracją. Prawidłowe strzały musimy niejako poukładać sobie w głowie więc bardzo często pomaga nam w tym ich wizualizacja. Najlepszym dowodem na to, że wyobraźnia przestrzenna jest nieograniczona są zawody łucznicze osób niewidomych które strzelają z 30 metrów. Niewidomi łucznicy mają pod nogami ustawione specjalne szyny, żeby przy oddawaniu strzału zawsze stać w tym samym miejscu i kiedy podnoszą łuk muszą dotykać specjalnej kulki, która jest umieszczona na stojaku obok nich po to żeby mogli podnosić broń zawsze w tym samym miejscu. Oglądanie ich rywalizacji na mistrzostwach świata jest naprawdę niesamowitym przeżyciem.

Który ze swoich licznych medali uważa Pani za najcenniejszy? Jakie zawody wspomina Pani najlepiej?

Myślę, że najprzyjemniejszą niespodziankę sportową stanowił dla mnie brązowy medal na Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie. Jechałam tam jako zawodniczka która wydawała się być daleko od światowej czołówki. Dopiero zaczynałam poważną karierę i nikt nie wymieniał mnie w gronie faworytów. Głównym celem było zdobywanie doświadczenia na Igrzyskach. Na miejscu okazało się jednak, że jestem w bardzo wysokiej formie i udało mi się wywalczyć medal. Te zawody wspominam więc z wielkim sentymentem, bo był to czas kiedy wygrałam tak naprawdę pierwsze bardzo ważne pojedynki w swoim życiu i wyszłam z cienia innych zawodników. Na odbywających się rok później mistrzostwach świata w Bangkoku po za brązowym medalem który potwierdził, że mój sukces w Londynie nie był przypadkiem, udało się wywalczyć także złoto w mikście z Piotrkiem Sawickim. Ten medal sprawił nam obojgu ogromną radość, bo kiedy startujesz z kimś w drużynie nie odpowiadasz już tylko za siebie. Trzeba umieć współpracować, wesprzeć partnera podzielić się odpowiedzialnością, dlatego nigdy w życiu nie zapomnę tej pięknej chwili kiedy ogłoszono nas razem mistrzami świata. Kolejnym przyjemnym wydarzeniem były Mistrzostwa Europy, gdzie zdobyłam również złoto w mikście i srebrny medal indywidualnie. Dodatkowym sukcesem było to, że udało mi się pobić rekord świata. W eliminacjach uzyskałam wynik 629 punktów. Niestety mój rekord nie utrzymał się długo, bo w tym roku na innych zawodach pobiła go zawodniczka z Iranu uzyskując 657 punktów, co jest wynikiem nieprawdopodobnie wyśrubowanym. Każde więc zawody na których startowałam przynosiły mi coś przyjemnego i niezapomnianego.

Jaki są Pani plany na najbliższą sportową przyszłość?

Aktualnie najważniejszym celem są igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro, które odbędą się w przyszłym roku. Na ostatnich mistrzostwach świata, które odbyły się w Niemczech zarówno mnie jak i Piotrkowi Sawickiemu udało się wywalczyć kwalifikację olimpijską. Byłoby wspaniale gdyby udało się co najmniej powtórzyć wynik z Londynu, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc domyślni czytelnicy na pewno zorientują się o czym marzę. Wszyscy jednak przyjeżdżają z myślą o tym samym, więc trzeba naprawdę się bardzo dobrze przyłożyć i walczyć ile się da, a na pewno będzie dobrze.

Co w Pani życiu zmieniło uprawianie sportu?

Myślę że super jest to, że cały czas się rozwijam. Poznaję nowych, ciekawych ludzi, nowe przepiękne miejsca i z roku na rok odkrywam nowe cele. Nie zapominam jednak o swoim marzeniu pomagania innym i wierzę, że po zakończeniu sportowej kariery podejmę pracę w opiece społecznej. To jednak jeszcze odległa perspektywa. Jestem jeszcze młodą i głodną sukcesów zawodniczką. Chcę wywalczyć dla siebie i Polski jak najwięcej zwłaszcza, że ta dyscyplina w naszym kraju nie jest zbyt popularna i trzeba to zmienić. W tej chwili nie mamy zbyt wielu zawodniczek, a trzeba je znaleźć żeby nasza kadra była jak najsilniejsza. Na szczęście łucznictwo jest takim sportem że póki możesz jeszcze stać o własnych siłach, na własnych nogach to możesz też strzelać, więc z pewnością sił i energii starczy mi jeszcze na długo.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Jeden komentarz: On Kiedy wzięłam łuk do ręki to tak mi się spodobało, że od razu poczułam chemię z tym sprzętem.

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.