Zdjęcie przedstawia portret uśmiechniętej Pani Ewy Durskiej, trzymającej swój medal przewieszony na szyi. Ma na twarzy szeroki uśmiech. Zdjecie zrobione w czasie Olimpiady.

Jak mistrzynii olimpijska zdobywając medale pomaga innym?

Uprawianie sportu i zdobywanie medali to mój własny sposób na pomaganie innym – opowiada Ewa Durska, trzykrotna Mistrzyni Paraolimpijska w pchnięciu kulą.

W Rio to właśnie Pani rozpoczęła złotą passę naszych zawodników. Jako pierwsza zdobyła Pani najcenniejszy krążek. Co Pani wtedy czuła?

Byłam bardzo szczęśliwa. Do stolicy Brazylii jechałam z jedną myślą, za wszelką cenę wygrać te zawody. Moja najgroźniejsza rywalka Rosjanka Baranowa została wraz z całą kadrą Rosyjską wykluczona z Igrzysk za stosowanie dopingu. Szansa na złoto była więc ogromna no i udało się po raz trzeci wywalczyć tytuł.

Swój medal przekazała Pani na licytację, z której dochód trafi do małej Wiktorii z Goleniowa chorej na białaczkę. To piękny gest.

Bardzo się cieszę, że mogę pomóc Wiktorii. Miałam okazję poznać zarówno ją, jak i jej rodzinę. To wspaniała dziewczyna, która dzielnie walczy z chorobą, a ja cieszę się, że mogę ją wesprzeć. Ważniejsze od sukcesu sportowego jest to, że wygrywając medale można pomóc innym.

Sport to taki mój sposób na naprawianie świata. Wygrywanie tytułów jest oczywiście przyjemne, ale jeszcze większą satysfakcję daje świadomość, że podzieliłeś się z kimś, kto tego bardzo potrzebował.

Człowiek nie powinien przecież patrzeć jedynie na czubek własnego nosa. Dzięki aukcji udało się zebrać ponad pięć tysięcy złotych i głęboko wierzę, że pomoże to Wiktorii wrócić do zdrowia. W razie potrzeby podzielę się z nią następnym wywalczonym medalem.

Jak Pani wspomina Rio. Bardzo wielu sportowców narzekało na warunki w jakich przyszło im mieszkać i trenować.

Dla mnie ważne jest łóżko, miejsce, gdzie mogłabym się wykąpać i sala do treningu. Nigdy nie narzekam na warunki. Koncentruję się na tym, co mam do zrobienia. Przez cały czas pobytu w Rio kursowaliśmy między stadionem, a wioską olimpijską. Trenowałam walczyłam i dopingowałam innych. Nie koncentrowałam się na warunkach czy np zwiedzaniu miasta. Tylko raz pod koniec pobytu byłam na plaży. W Rio mogę więc oceniać przede wszystkim poziom sportowy zawodów i reakcje kibiców. Brazylijczycy z całą pewnością nie reagowali tak żywiołowo jak np publiczność w Londynie. W Anglii stadion był zawsze wypełniony po brzegi, a sukcesy wszystkich przyjmowano z wielkim entuzjazmem. W Brazylii wybuchy radości słychać było tylko wtedy gdy sukcesy odnosili zawodnicy gospodarzy. Innymi publiczność niespecjalnie się interesowała.

Jak Pani budowała formę olimpijską?

Trenowałam sześć razy w tygodniu. Razem z trenerem Waldemarem Nowotnym, z którym pracuję od dwudziestu lat, mieliśmy dziesięć trwających po kilkanaście dni intensywnych obozów treningowych. W pchnięciu kulą liczy się zarówno technika jak i siła rzutu. Przygotowując się do zawodów muszę więc intensywnie ćwiczyć na siłowni, ale także wykonywać masę precyzyjnych pchnięć kulą z miejsca czy doskoku. Przydaje się też skakanie przez płotki. Dzień przed zawodami mam lekki rozruch, żeby nie przeciążyć organizmu. W ten sposób trenuje już dwie dekady sześć razy w tygodniu dojeżdżając 24 kilometry z miejsca gdzie mieszkam do Goleniowa.

Dlaczego zdecydowała się Pani właśnie na pchnięcie kulą?

Początkowo rzucałam piłką lekarską i te próby wypadały świetnie. Osiągałam najlepsze wyniki w Województwie. Po roku spróbowałam rzutu kulą i wygrałam mistrzostwa Polski. To był 1996 rok i już wtedy zabrakło mi jedynie 13 centymetrów do wywalczenia kwalifikacji olimpijskiej. Cztery lata później udało mi się to bez problemu i w Sidney od razu wywalczyłam tytuł mistrzowski. Stało się więc jasne, że kula to moje powołanie.

Czy Rio to najpiękniejsze miejsce, jakie Pani odwiedziła i czy obecna Olimpiada była Pani ostatnią?

Jeśli chodzi o miasta, to najpiękniejsze są moim zdaniem w Katarze. Uwielbiam patrzeć na duże nowoczesne budynki. W Dahau są one tak okazałe, że wprost nie mogłam od nich oczu oderwać. Co do startów olimpijskich to mam nadzieję, że zdrowie pozwoli mi jeszcze wystartować w Tokio.

Chciałabym zdobyć kolejny medal choćby po to, żeby dalej pomagać Wiktorii.


Czy tak utytułowana zawodniczka jak Pani, trzykrotna Mistrzyni Olimpijska, może się utrzymać ze sportu?

Przez ostatnie cztery lata między Rio, a Londynem nie otrzymywałam od związku czy państwa żadnych środków. Wynikało to z wprowadzonej ustawy, w której jeden z zapisów mówi, że żeby otrzymać stypendium za wygrywane zawody, trzeba rywalizować z 12 zawodniczkami z co najmniej ośmiu państw. To sprytny sposób ograniczania liczby uprawnionych, bo np w mojej dyscyplinie startowało osiem zawodniczek i w związku z tym, żadne pieniądze mi się nie należały. Startować mogę dzięki wsparciu otrzymanemu od Burmistrza Goleniowa oraz Orlenu. W związku (Sprawni Razem) jeszcze niedawno twierdzili, że w ogóle nie muszę trenować. Ja jednak cieszę się tym co robię i jestem szczęśliwa, kiedy mogę dać radość polskim kibicom i wspierać ludzi, którym może być w życiu trudniej.

 

Źródło zdjęcia: paraolimpijska.pl

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.