na zdjęciu znajduje sie rysujące dziecko z połprofilu, jest w źółtym sweterku, obok siedzi kolejne z niebieskiej koszuli w kratę

Czy uczniom z niepełnosprawnościami grozi wykluczenie?

Założenia rządu odnośnie nauczania indywidualnego uczniów z niepełnosprawnościami wcale nie wyglądają źle. Problem polega na tym, że mogą istnieć tylko na papierze bo MEN ignoruje wieloletnią praktykę szkolną – tłumaczy dr Paweł Kubicki, socjolog ze stowarzyszenia Nie-grzeczne dzieci i rzecznik uczniów niepełnosprawnych w projekcie „Wszystko jasne” (www.wszystkojasne.waw.pl)

Na czym polega problem z rozporządzeniem ministerstwa dotyczącym nauczania indywidualnego?

Najprościej mówiąc na tym, że MEN porządkując system wsparcia dla uczniów o specjalnych potrzebach edukacyjnych zlikwidował rozwiązanie, które się sprawdziło w praktyce i pozwalało realizować zajęcia indywidualne otrzymywane w ramach orzeczenia o potrzebie nauczania indywidualnego na terenie szkoły. W nowych rozwiązaniach nauczanie indywidualne może być prowadzone tylko w domu, a indywidualizacja wsparcia w szkole powinna się odbywać w ramach Indywidualnego Programu Edukacyjno-Terapeutycznego, czyli tzw. IPET-u dla uczniów z niepełnosprawnościami (formalnie uczniów posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego wydane ze względu na niepełnosprawność), bądź odpowiedniej opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej w przypadku pozostałych uczniów.

Tymczasem doświadczenia wielu rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, w tym także zbierane w ramach naszego projektu pokazują, że wywalczenie nawet jednej godziny w ramach IPET-u, czy dodatkowych zajęć dla dzieci z opiniami było w praktyce bardzo trudne. Trudność ta brała się z faktu, że zalecenia dotyczące wsparcia były dosyć ogólnikowe, więc szczegółowy zakres godzinowy wsparcia podlegał negocjacjom i dyskusji. Można nawet mówić o „wyszarpywaniu” wsparcia przez rodzica. W przypadku sporu bardzo trudno było udowodnić, kto ma rację, a skarga do kuratoriów czy mediów kończyła się awanturą, która negatywnie odbijała się na dzieciach. W przypadku orzeczenia o nauczaniu indywidualnym, które było decyzją administracyjną określona liczba godzin musiała być przez daną szkołę zrealizowana. Ustaleniom podlegało jedynie to, na ile część tych zajęć mogła się odbywać na terenie szkoły i czy na pozostałych zajęciach, nie objętych Nimi uczeń mógł być włączany do klasy.

Czy w polskich szkołach jest realizowany model edukacji włączającej?

W teorii i zgodnie z przepisami absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie. To rodzic wybiera szkołę i formę nauczania najlepszą – w jego opinii – dla swojego dziecka. Uczeń też ma zagwarantowane, przynajmniej na poziomie deklaracji, odpowiednie wsparcie. Problematyczna bywa praktyka. Bardzo wiele zależy od ludzi pracujących w konkretnej szkole, w tym przede wszystkim dyrektora. Istotną rolę odgrywa też organ prowadzący, czyli gmina lub powiat, bo to od decyzji samorządu zależy przyznanie dodatkowych środków na sprzęt, szkolenia czy dodatkowe godziny zajęć. Ostatnim elementem są rodzice, zarówno dziecka z niepełnosprawnością, jak i rodzice dzieci pełnosprawnych.

Dla wielu szkół ogólnodostępnych organizacja odpowiedniego wsparcia dla ucznia z niepełnosprawnością jest po prostu trudna, bo np. nigdy wcześniej nie mieli takich uczniów i nie wiedzą, jak się zachować i dostosować całą szkołę do nowych potrzeb. Jest to jednak możliwe i osobiście znam kilka mniejszych i większych szkół, w których edukacja włączająca funkcjonuje znakomicie. Nauczyciele, rodzice i uczniowie współpracują dzięki czemu uczeń ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi jest włączony do społeczności szkolnej. Zdecydowanie gorzej jest, kiedy na początku nauki pojawiają się problemy, a dyrektor zamiast odpowiednio wcześniej się przygotować, bądź szybko starać się je rozwiązać reaguje dopiero, kiedy okazuje się, że uczeń jest już znienawidzony przez kolegów, a większość rodziców chciałoby przeniesienia takiego ucznia do innej klasy. Mamy wtedy do czynienia z umownym „gaszeniem pożaru”, ale zazwyczaj jest już za późno, żeby wypracować normalne relacje.

Odpowiadając krótko na pytanie można zatem powiedzieć, że wszędzie istnieje możliwość, by uczeń z niepełnosprawnością uczył się w ramach edukacji włączającej, ale nie wszędzie to wychodzi. Świadczą o tym choćby ścieżki edukacyjne uczniów z niepełnosprawnościami, którzy znacznie częściej przenoszą się ze szkół ogólnodostępnych do integracyjnych i specjalnych, a sporadycznie podążają w odwrotnym kierunku, od segregacji do włączania.

Czy zatem uczniowie z niepełnosprawnościami są zagrożeni wykluczeniem z powodu nowych rozporządzeń ministerstwa?

Po pierwsze, dla większości uczniów nie ma to większego znaczenia, bo nigdy nie mieli nauczania indywidualnego. Jednak w przypadku uczniów, którzy już korzystali, albo mogliby skorzystać z takiej formy wsparcia zagrożenie istnieje. Nie wynika ono jednak wprost z przepisów, ale tego, że praktyka często odbiega od teorii. Zauważmy, że nauczanie indywidualne na terenie szkoły było często przyznawane uczniom, którzy mogliby się w mniejszej klasie, lub przy większym wsparciu bez niego obejść. Były też przypadki, że szkoły nie radziły sobie z uczniem i wysyłały go na nauczanie indywidualne. Po zmianie rozporządzeń te szkoły nadal nie będą sobie radzić i nie wiadomo, czy szybko uda im się poprawić. Można zatem powiedzieć, że ryzyko istnieje i jest związane z praktyką oświatową. Przepisy prawa które mamy zdecydowanie pozwalają na włączenie zdecydowanej większości uczniów z niepełnosprawnościami w normalne życie szkoły. Otwartym pytaniem pozostaje jednak w jaki sposób będą one interpretowane oraz wykorzystywane w terenie i co zrobi MEN i kuratoria ze zgłaszanymi przypadkami nieprawidłowości.

Udostępnij poprzez:
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on StumbleUponShare on TumblrEmail this to someone

Zostaw komentarz:

Twój email nie będzie upubliczniony.